niedziela, 13 listopada 2016

Ouija: Narodziny Zła

źródło: http://img.goldposter.com/2016/08/ouija-2_poster_goldposter_com_3.jpg (nawiasem mówiąc plakat im się akurat bardzo udał;) )




Witajcie po bardzo, bardzo, baaardzo długiej przerwie! Wiem, zawaliłem nieco sprawę i zaniedbałem nieco bloga, ale faktem jest, że trochę innych spraw ostatnio zaprzątało moją głowę. Posypuję ją jednak popiołem i biorę się do roboty, albowiem jest sporo do nadrobienia ;)

Dziś mój pierwszy dzień korzystania z karty Cinema City Unlimited (materiał nie jest sponsorowany, żeby nie było :D ) i w związku z tym możecie liczyć na to, że będzie pojawiać się tutaj znacznie więcej tekstów dotyczących filmów, bo i częstsze chodzenie do kina będzie dużo łatwiejsze z rzeczoną kartą. Aktualnie planuję , że będzie to minimum raz w tygodniu, ale znacie to powiedzenie o tym jak rozśmieszyć Boga ;)  Dość już o tym jednak, jak to mawiali starożytni Rosjanie: ad rem!

Na swój pierwszy seans z kartą wybrałem horror. Ci którzy mnie znają lepiej nie powinni być szczególnie zdziwieni. Niestety, jako że do mainstreamu (czyt. do kin) trafia horrorów niezbyt wiele, to i mój wybór był mocno ograniczony. I tak oto padło na "Ouija: Narodziny Zła"...

Funfact na początek: wiedzieliście, że nazwa Ouija jest zarejestrowanym znakiem towarowym należącym do Hasbro? Tak, tego od Monopoly, G.I. Joe czy Transformers. Perspektywa horroru na licencji producenta zabawek nie brzmi zbyt kusząco (chyba, że byłaby to Laleczka Chucky), ale nie oceniajmy książki po okładce, a horroru po licencji.

Ouija to taka śmieszna tablica służąca do komunikowania się z duchami, niby gra, niby zabawa, ale horror filmowy lubi sięgać po ten rekwizyt już właściwie od wielu lat (nie wiem czy zawsze z błogosławieństwem Hasbro). A wygląda to mniej więcej tak:

źródło: https://i.ytimg.com/vi/kQ4iw5TRTpI/maxresdefault.jpg


Skoro wprowadzenie teoretyczne mamy już za sobą przejdźmy do samego mięsa, czyli filmu. Sam fakt, że film jest na licencji nie do końca wiążącej się z horrorem budził moje obawy, że dostanę coś w stylu "Gęsiej Skórki", czy innego "Scooby Doo" (obydwa szanuję, ale nie tego oczekuję gdy zasiadam do oglądania kina grozy). Na szczęście nie jest tak źle, film jak najbardziej jest horrorem w duchu "Obecności" czy ogólnie popularnego ostatnio nurtu opętań, nawiedzeń etc. Mamy zatem matkę z dwójką córek, które zajmują się mediumizmem. Nie będzie dużym spoilerem gdy powiem, że jest to oczywiście ściema, bo ta informacja została widzowi podana już w trailerze (swoją drogą całkiem zachęcającym do obejrzenia filmu, więc spełnił on swoją rolę). Z czasem jednak, po użyciu tytułowej planszy zaczynają dziać się dziwne rzeczy.

I tu zaczyna się mój główny problem z tym filmem. Jak na horror jest on bowiem... za mało straszny. Tzn jasne, są jumpscare'y i... jumpscare'y.. i jeszcze trochę jumpscarów. Ale gdzieś tutaj zabrakło dla mnie budowania poczucia grozy, uważam bowiem, że jumpscare'y są najbardziej "tanim" efektem używanym przez reżyserów, próbujących sklecić filmowy horror. Można ich używać umiejętnie, można zaś, pardon my french, nasrać ich do filmu tyle, że w którymś momencie efekt przestaje działać. Niestety w przypadku "Ouiji" mamy do czynienia z drugą strategią. Pomijam kwestię tego, że Mike Flanagan, który jest autorem tego filmu (odpowiada zarówno za reżyserię jak i scenariusz) wrzucił tutaj wszystkie możliwe gatunkowe klisze. Mamy więc opętaną dziewczynkę rodem z kultowego "Poltergeista", mamy bohaterskiego księdza, który stawia czoła demonom/duchom/upiorom (niepotrzebne skreślić), mamy matkę, która najpierw nie dowierza w wydarzenia, które mają miejsce, by później walczyć niczym lwica o swoje młode. I oczywiście, że często oglądamy horrory właśnie dlatego, że są schematyczne i wiemy czego się spodziewać, ale lubimy też gdy reżyser dodaje coś od siebie, gdy reinterpretuje te klisze, bawi się nimi, wywraca je do góry nogami. Film Flanagana niestety jest do bólu poprawny. Nie jest zły, ale nie wyróżnia się niczym. Zagrany jest poprawnie, nakręcony jest poprawnie, fabuła poprowadzona jest w miarę poprawnie (choć można odnieść wrażenie, że napchano tam za dużo wątków i nie do końca wszystkim dano w pełni wybrzmieć.

Nie mogę jednoznacznie polecić tego filmu, ale nie mogę też z premedytacją go zjechać, bo też nie do końca na to zasługuje. Jest po prostu średni. Jeśli nie macie nic innego do roboty to możecie go obejrzeć, ale też lepiej chyba poczekać aż pojawi się na dvd albo gdy któraś z telewizji go wyemituje. Parafrazując klasyka: "Ja już go widziałem, więc Wy nie musicie" ;)

Ocena: 5/10



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz