poniedziałek, 28 listopada 2016

Tygodniowy przegląd kinowy

Witajcie! Z lekkim poślizgiem, ale w końcu udało się przysiąść i skrobnąć parę słów o filmach, które miałem okazję ostatnio oglądać. Pierwotnie planowałem osobne teksty o każdym z nich, ale że nazbierało się ich aż 4 to postanowiłem zrobić zbiorczy post. Żeby nie przedłużać, zaczynajmy!

Jestem mordercą (reż. Maciej Pieprzyca, 2016)

Bardzo raduje mnie kierunek w którym ostatnio zmierza polskie kino. Coraz więcej ciekawych historii i coraz mniej głupich komedii romantycznych tudzież bolesnej martyrologii przebija się do mainstreamu. Film Pieprzycy wychodzi wszakże od kina gatunkowego, jakim jest kryminał, ale bawi się jego konwencją i tak naprawdę miast być opowieścią o Wampirze z Zagłębia, bardziej skupia się na mechanizmach władzy w czasach głębokiego PRLu. I cholera, robi to znakomicie! Stylizowane, lekko przefiltrowane zdjęcia, kostiumy, scenografia, wszystko to sprawia, że czujemy się jakbyśmy oglądali film z epoki. Do tego świetne aktorstwo (Jakubik jako Wiesław Kalicki/Zdzisław Marchwicki jest po prostu fenomenalny, a większość jego gry opiera się nie na dialogach, a na mimice!), znakomita muzyka i zdjęcia, i tym oto sposobem dostajemy jeden z bardziej interesujących polskich filmów tego roku (przyznaję, nie widziałem jeszcze "Ostatniej rodziny"). Zwraca też uwagę sama historia, która bardziej niż na samym poszukiwaniu Wampira skupia się raczej na portretach psychologicznych bohaterów i zachodzących w nich przemianach. Nie chcę zdradzać za dużo, ale uczucia względem głównego bohatera, granego świetnie przez nieopatrzonego jeszcze Mirosława Haniszewskiego, zmieniają się w ciągu seansu o 180 stopni.

Moja ocena: bardzo mocne 8/10 (blisko dziewiątki nawet)


Fantastic Beasts and Where to Find Them (reż. David Yates, 2016)

Jako dzieciak cholernie lubiłem uniwersum Harry'ego Pottera. Perspektywa filmu w tymże świecie, wykorzystującego jednak teraz bardziej dorosłych bohaterów, a także z akcją umiejscowioną wcześniej względem serii o Harrym, wydała się więc całkiem kusząca (bo dzieciaka w sobie nie wolno zabijać, a wręcz przeciwnie, trzeba pozwalać mu się wyszaleć na filmach, których rzekomo poważni i dorośli ludzie nie powinni oglądać;) )  Jak więc produkcja sprawdziła się w praniu? Ogólnie rzecz ujmując jest dobrze. Nie rewelacyjnie, ale dobrze. Widać niestety, że "Fantastic Beasts..." jest jedynie wstępem do trylogii i sama fabuła jest raczej pretekstowa, żeby wprowadzić poszczególnych bohaterów i coś, ale nie za wiele, nam o nich powiedzieć. Jacy są bohaterowie? Newt Scamander, grany przez Eddiego Redmayne'a wzbudza sympatię, choć poprzez swoje dziwactwo sprawia momentami wrażenie jakbyśmy oglądali Doctora Who jeno w świecie magii (nawet ta walizka, która jest większa w środku!). I mnie to absolutnie nie przeszkadza, bo jak większość z Was wie, Doctor Who jest niezwykle bliski mojemu sercu. Drugi plan zdaje się nieco mniej zarysowany, ale zdarzają się perełki, takie jak Jacob Kowalski brawurowo odegrany przez, znanego m.in. z teledysku do "I don't wanna be me" Type O Negative czy z cudownego geekowskiego filmu "Fanboys", Dana Foglera. Ogólnie rzecz ujmując jest spoko, ale czegoś jakby zabrakło, wciąż nie do końca jestem w stanie powiedzieć czego, pomimo tego, że od seansu minęło już trochę czasu;) A, no i efekty oraz tytułowe zwierzęta są naprawdę bardzo zacne (Niuchacz <3)

Moja ocena: 7/10


Inferno ( reż. Ron Howard, 2016)

Czyli przygód Roberta Langdona ciąg dalszy;) Nie będę się tu pastwił nad Danem Brownem, ani czynił przytyków w jego kierunku, bo nie mam w tym temacie szans ze ś.p. Umberto Eco (który w jednym z wywiadów stwierdził, że chodzili do tych samych antykwariatów pisząc swoje powieści, jeno Brown wziął to wszystko co przeczytał na poważnie), ale skupię się na samym filmie. A film jest zadziwiająco całkiem w porządku! Piszę zadziwiająco, bo przed seansem widziałem masę negatywnych recenzji, że nudny i tak dalej. Więc na film szedłem z lekkimi obawami, ale i bez wielkich oczekiwań. I bawiłem się bardzo dobrze. Howard ani przez chwilę nie udaje, że "Inferno" ma być czymś więcej niźli tylko rozrywką, a w kategorii lekkiego blockbustera produkcja ta sprawdza się bardzo dobrze. Ciężko napisać coś więcej w sumie, jeśli podobały Wam się poprzednie części serii to ta również powinna Was ukontentować, jeśli nie to raczej Was nie przekona. Na plus zaliczyłbym jeszcze fajne, bardzo plastyczne wizje piekła, niczym z jakichś malowideł Boscha. Ogólnie warstwa audiowizualna sprawdza się bardzo dobrze. Nawet aktorsko jest nieźle, cieszy w szczególności postać kobieca grana przez Felicity Jones, bo mając w pamięci Audrey Tatou, z pierwszej części serii miałem nieco obawy o bezpłciowość i nijakość towarzyszki Langdona. Hanks zaś jako protagonista nie wychodzi jakoś szczególnie poza to do czego zdążył nas przyzwyczaić, poprawnie, ale bez jakichś nieprawdopodobnych aktorskich szarż.
Moja ocena: 7/10


Nocturnal Animals (reż. Tom Ford, 2016)

Last but not least, właściwie największa perełka w tym zestawieniu. Idąc do kina spodziewałem się zupełnie innej produkcji niż dostałem, ale czy to źle? Absolutnie nie! Tom Ford już swoim "Samotnym mężczyzną" udowodnił, że talent reżyserski jaki w nim drzemie jest nieprzeciętny, przy "Nocturnal Animals" tę poprzeczkę stawia sobie jeszcze wyżej. Romans, dramat, thriller i film o zemście splatają się tutaj w jeden, niezwykle intrygujący mariaż. Właściwie wszystko w tym filmie zagrało tak jak powinno. Poczynając od kreacji aktorskich (kolejny znakomita rola Amy Adams w tym roku, zdążyłem już zapomnieć o Lois Lane z "BvS") poprzez oniryczną, nieco przytłaczającą atmosferę, a na kapitalnej muzyce Abla Korzeniowskiego kończąc (dajcie mu chociaż nominację!). Warto dodać tutaj, że ponownie Ford w swoim filmie skupia się tak naprawdę na temacie samotności i robi to w niezwykle umiejętny sposób. Mógłbym zachwycać się dalej, ale też chcę uniknąć jakichkolwiek spoilerów, bo najlepiej wiedzieć o tym filmie przez seansem jak najmniej;) Jednym słowem warto bardzo i pomijając produkcje stricte popkulturowe, "Nocturnal Animals" zajmuje u mnie jedno z najwyższych miejsc w rankingu najlepszych filmów tego zbliżającego się już ku końcowi roku.
Moja ocena: mocne 9/10
(Jake Gyllenhaal po raz kolejny kapitalny, podoba mi się w jakim kierunku idzie jego kariera!)

I to właściwie tyle na dziś;) Jeśli widzieliście któryś z wymienionych filmów i chcielibyście podyskutować na jego temat, to zapraszam do komentowania. Tymczasem żegnam się i do następnego!

wtorek, 15 listopada 2016

Arrival (2016)

źródło: http://cdn2-www.comingsoon.net/assets/uploads/gallery/arrival/cp8v8n0vmaadzn6-jpg-large.jpg



Dzień dobry! Jak obiecałem tak czynię, nadrabiam kinowe zaległości i tym samym dostarczam Wam nowych materiałów do czytania;)

Jeśli spojrzeliście na tytuł posta to już pewnie wiecie o czym będzie traktował niniejszy wpis. Na początku muszę Wam się jednak do czegoś przyznać. Cholernie lubię kameralne, wyciszone kino. Może brzmieć to zaskakująco z ust człowieka jarającego się superbohaterskimi blockbusterami, ale myślę, że jedno absolutnie nie wyklucza drugiego. A dlaczego o tym piszę? Bo właśnie z takim dość kameralnym i wyciszonym kinem mamy do czynienia w przypadku "Arrival" (pozostanę przy tytule angielskim, bo "Nowy początek" brzmi absolutnie fatalnie i nie wiem kto na to wpadł, ale wypada mu serdecznie pogratulować i życzyć szczęścia).

Jak często w kinie sci-fi mamy do czynienia z kosmitami, którzy nie są wrogo nastawieni? Ostatnio rozmawiałem z kimś na ten temat i przyszły nam do głowy dwa tytuły: "E.T." i "A.L.F.". Zauważcie, że obydwa z nich skierowane są raczej do młodszego widza, w filmach "dla dorosłych" kosmici niemalże zawsze dezintegrują, destruują, dekapitują i ogólnie nie są w najlepszych relacjach z rasą ludzką. Tym bardziej urzeka mnie sam koncept z jakiego wychodzi Denis Villeneuve w swoim najnowszym filmie.

Oto bowiem na Ziemi ląduje 12 statków kosmicznych. Nikt nie wie jakie są zamiary przybyszów ani jak się z nimi skomunikować. I tu do akcji wchodzi główna bohaterka, Louise, grana przez Amy Adams. Jest ona specjalistką od lingwistyki i wojsko prosi ją, by spróbowała odszyfrować "język" jakim porozumiewają się Heptapody (bo tak ochrzczeni zostają obcy) i nawiązać z nimi kontakt.
Poniekąd z powodu mojego wykształcenia kwestie lingwistyczne są dla mnie niezwykle interesujące, a i fakt uczynienia z lingwisty głównego bohatera filmu sci-fi jest czymś tak nietypowym i świeżym (pomijam Jamesa "nauczyłem się obcego języka w 2 godziny bo był podobny do staroegipskiego" Spadera w "Stargate" Emmericha). Ale mamy też Jeremy'ego Rennera jako fizyka, który wspólnie z Louise stara się naukowo wytłumaczyć sposób porozumiewania się obcych. ("Kiedy Hawkeye poznał Lois Lane" :D) I tak oto dostajemy 2 godziny filmu, któremu bliżej do filozoficznych rozważań Lema (to porównanie pojawiło się już w kilku innych recenzjach, ale nie sposób go tu nie przywołać) niż do laserów i wybuchów rodem z "Dnia Niepodległości" (znów ten Emmerich :D ). I kurczę, ten film naprawdę dobrze to robi! Obawiałem się nieco, że dostaniemy przeintelektualizowaną wydmuszkę, rozważania o życiu, wszechświecie i całej reszcie. Nic z tych rzeczy! Owszem, w końcówce wkrada się nieco hollywoodzkiego sentymentalizmu, ale jako całość film broni się niespiesznym budowaniem akcji, wyciszeniem i takim właśnie cholernie niehollywoodzkim charakterem, nie popadając przy tym w tony rodem z Paulo Coelho. A scena gdy bohaterka po raz pierwszy widzi ogromny, majestatyczny statek kosmitów - majstersztyk.

W kwestii technikaliów  cieszy to, że efekty specjalne są jedynie tłem i nie przesłaniają fabuły, sam projekt obcych jest kapitalny (bo kto powiedział, że to muszą być humanoidalne istoty?) a i statki nasuwać mogą skojarzenia z czarnym monolitem z legendarnej już "Odysei Kosmicznej 2001" Kubricka. Zdjęcia są świetne, a muzyka bardzo dobrze współgra z obrazem. Aktorsko też jest bardzo dobrze, Amy Adams można lubić lub nie, ale nie można zaprzeczyć, że jest naprawdę dobrą aktorką i kolejny raz to pokazuje (uznajmy, że jej rola Lois Lane w "Batman v Superman" to wypadek przy pracy :D) a i postać grana przez Rennera wzbudza od razu naszą sympatię. No i na drugim planie mamy Foresta Whitakera, który co prawda nie bardzo ma okazję się wykazać, ale pomimo tego jest świetny jak zawsze.

Wyszedłem zatem z kina dość ukontentowany i mogę z czystym sercem polecić Wam seans "Arrival" jeśli oczywiście nie wzdrygacie się na dźwięk słów "Science-Fiction" ;) A nawet jeśli to i tak na Waszym miejscu dałbym tej produkcji szansę, bo tak naprawdę nie jest ona o kosmitach, a o języku i o nas samych.

Ocena: bardzo mocne 8/10

niedziela, 13 listopada 2016

Ouija: Narodziny Zła

źródło: http://img.goldposter.com/2016/08/ouija-2_poster_goldposter_com_3.jpg (nawiasem mówiąc plakat im się akurat bardzo udał;) )




Witajcie po bardzo, bardzo, baaardzo długiej przerwie! Wiem, zawaliłem nieco sprawę i zaniedbałem nieco bloga, ale faktem jest, że trochę innych spraw ostatnio zaprzątało moją głowę. Posypuję ją jednak popiołem i biorę się do roboty, albowiem jest sporo do nadrobienia ;)

Dziś mój pierwszy dzień korzystania z karty Cinema City Unlimited (materiał nie jest sponsorowany, żeby nie było :D ) i w związku z tym możecie liczyć na to, że będzie pojawiać się tutaj znacznie więcej tekstów dotyczących filmów, bo i częstsze chodzenie do kina będzie dużo łatwiejsze z rzeczoną kartą. Aktualnie planuję , że będzie to minimum raz w tygodniu, ale znacie to powiedzenie o tym jak rozśmieszyć Boga ;)  Dość już o tym jednak, jak to mawiali starożytni Rosjanie: ad rem!

Na swój pierwszy seans z kartą wybrałem horror. Ci którzy mnie znają lepiej nie powinni być szczególnie zdziwieni. Niestety, jako że do mainstreamu (czyt. do kin) trafia horrorów niezbyt wiele, to i mój wybór był mocno ograniczony. I tak oto padło na "Ouija: Narodziny Zła"...

Funfact na początek: wiedzieliście, że nazwa Ouija jest zarejestrowanym znakiem towarowym należącym do Hasbro? Tak, tego od Monopoly, G.I. Joe czy Transformers. Perspektywa horroru na licencji producenta zabawek nie brzmi zbyt kusząco (chyba, że byłaby to Laleczka Chucky), ale nie oceniajmy książki po okładce, a horroru po licencji.

Ouija to taka śmieszna tablica służąca do komunikowania się z duchami, niby gra, niby zabawa, ale horror filmowy lubi sięgać po ten rekwizyt już właściwie od wielu lat (nie wiem czy zawsze z błogosławieństwem Hasbro). A wygląda to mniej więcej tak:

źródło: https://i.ytimg.com/vi/kQ4iw5TRTpI/maxresdefault.jpg


Skoro wprowadzenie teoretyczne mamy już za sobą przejdźmy do samego mięsa, czyli filmu. Sam fakt, że film jest na licencji nie do końca wiążącej się z horrorem budził moje obawy, że dostanę coś w stylu "Gęsiej Skórki", czy innego "Scooby Doo" (obydwa szanuję, ale nie tego oczekuję gdy zasiadam do oglądania kina grozy). Na szczęście nie jest tak źle, film jak najbardziej jest horrorem w duchu "Obecności" czy ogólnie popularnego ostatnio nurtu opętań, nawiedzeń etc. Mamy zatem matkę z dwójką córek, które zajmują się mediumizmem. Nie będzie dużym spoilerem gdy powiem, że jest to oczywiście ściema, bo ta informacja została widzowi podana już w trailerze (swoją drogą całkiem zachęcającym do obejrzenia filmu, więc spełnił on swoją rolę). Z czasem jednak, po użyciu tytułowej planszy zaczynają dziać się dziwne rzeczy.

I tu zaczyna się mój główny problem z tym filmem. Jak na horror jest on bowiem... za mało straszny. Tzn jasne, są jumpscare'y i... jumpscare'y.. i jeszcze trochę jumpscarów. Ale gdzieś tutaj zabrakło dla mnie budowania poczucia grozy, uważam bowiem, że jumpscare'y są najbardziej "tanim" efektem używanym przez reżyserów, próbujących sklecić filmowy horror. Można ich używać umiejętnie, można zaś, pardon my french, nasrać ich do filmu tyle, że w którymś momencie efekt przestaje działać. Niestety w przypadku "Ouiji" mamy do czynienia z drugą strategią. Pomijam kwestię tego, że Mike Flanagan, który jest autorem tego filmu (odpowiada zarówno za reżyserię jak i scenariusz) wrzucił tutaj wszystkie możliwe gatunkowe klisze. Mamy więc opętaną dziewczynkę rodem z kultowego "Poltergeista", mamy bohaterskiego księdza, który stawia czoła demonom/duchom/upiorom (niepotrzebne skreślić), mamy matkę, która najpierw nie dowierza w wydarzenia, które mają miejsce, by później walczyć niczym lwica o swoje młode. I oczywiście, że często oglądamy horrory właśnie dlatego, że są schematyczne i wiemy czego się spodziewać, ale lubimy też gdy reżyser dodaje coś od siebie, gdy reinterpretuje te klisze, bawi się nimi, wywraca je do góry nogami. Film Flanagana niestety jest do bólu poprawny. Nie jest zły, ale nie wyróżnia się niczym. Zagrany jest poprawnie, nakręcony jest poprawnie, fabuła poprowadzona jest w miarę poprawnie (choć można odnieść wrażenie, że napchano tam za dużo wątków i nie do końca wszystkim dano w pełni wybrzmieć.

Nie mogę jednoznacznie polecić tego filmu, ale nie mogę też z premedytacją go zjechać, bo też nie do końca na to zasługuje. Jest po prostu średni. Jeśli nie macie nic innego do roboty to możecie go obejrzeć, ale też lepiej chyba poczekać aż pojawi się na dvd albo gdy któraś z telewizji go wyemituje. Parafrazując klasyka: "Ja już go widziałem, więc Wy nie musicie" ;)

Ocena: 5/10