Najważniejszy dla mnie film tego roku w końcu miał swoją premierę.
Tekst, który piszę tutaj, po dłuuuugiej przerwie nie będzie recenzją sensu
stricte. Bardziej będą to luźne przemyślenia na w miarę gorąco.
Zacznijmy jednak od początku. Moja przygoda z Gwiezdnymi Wojnami
zaczęła się w 1997 roku, wraz z wypuszczeniem do kin tak zwanej Wersji
Specjalnej oryginalnej trylogii. Już wcześniej wiedziałem mniej więcej czym
jest Star Wars, ale to dopiero wtedy zobaczyłem dwa z trzech epizodów w kinie.
Małym chłopięciem byłem podówczas, ale już wtedy filmy te zrobiły na mnie
kolosalne wrażenie. "Imperium kontratakuje" do dziś zresztą pozostaje
jednym z moich ulubionych filmów ever. Dwa lata później Lucas wypuścił do kin
Epizod I. Zdania na temat tego tworu, jak wiadomo, są podzielone, gdy miałem
kilkanaście lat spodobał mi się, podobnie jak późniejszy "Atak
Klonów" czy "Zemsta Sithów". I wszystko fajnie i super, ale
jednak nie było tego efektu 'wow', który towarzyszył oryginalnej trylogii. I
niestety, moim skromnym zdaniem, filmy te nie wytrzymały próby czasu i z
perspektywy czasu, jak i wieku uważam je za słabe, w czym utwierdziłem się
robiąc sobie powtórkę przed seansem najnowszego epizodu (serio, "Atak
klonów" jest filmem tak fatalnie złym, że nie mam pojęcia jak mógł mi się
kiedyś podobać, "Mroczne widmo" ma przynajmniej Dartha Maula, ta
część nie ma żadnego elementu, który by sprawił, żeby spojrzeć na nią bardziej
przychylnym okiem, co smuci biorąc pod uwagę udział Christophera Lee... „Zemsta
Sithów” jako tako jeszcze trzyma poziom, ale do OT temu daleko)
Mamy rok 2015, George Lucas oddał ster, Disney wykupił prawa do
Gwiezdnej Sagi, za kamerą stanął J.J. Abrams, a do kin 18 grudnia weszło
"Przebudzenie mocy" (to oczywiście w dużym skrócie, bo cały proces
trwał dłużej;) ). Obaw związanych z tym filmem było co nie miara. Ja czułem, że
jest szansa na rehabilitację po trylogii prequeli i...miałem rację!
Zasadniczo film ma w sobie wszystko to, czego brakowało Epizodom
I-III. Ma ducha, ma wyraziste postaci, ma w końcu dużo więcej praktycznych
efektów specjalnych. Kiedy zobaczyłem na ekranie kinowym po raz kolejny
legendarne już "A long time ago in a galaxy far, far away..." to na
mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech, który nie schodził z niej już niemal
przez cały seans (spokojnie, nie będzie spoilerów :D ). "Przebudzenie
mocy" jest dokładnie takie jakie powinno być. Wszystko jest tutaj na swoim
miejscu. Tekst piszę na gorąco, ale postaram się opowiedzieć o filmie
tak, żeby nie psuć zabawy tym, którzy go jeszcze nie widzieli ;)
Najprościej rzecz ujmując Abrams zebrał wszystko to, albo niemal
wszystko, co pokochaliśmy w oryginalnej trylogii i stworzył z tego nową
historię. I jasne, można się przyczepić do kilku kwestii, że odtwórcze, że to
już było i tak dalej. Tylko nie widzę sensu. Dostaliśmy właśnie to, czego jako
fani Star Wars chcieliśmy! I do tego wykonane jest to naprawdę znakomicie! Dodatkowo
to pierwsza część sagi, którą miałem możliwość zobaczyć w 3D i to naprawdę
zacnie wyglądało! Efekty specjalne znów miażdżą, choć oczywiście nie można było
oczekiwać przełomu na miarę „Nowej Nadziei”. Ale czuć w tym tę cholerną duszę,
której zabrakło w prequelach. I wiem, że się powtarzam, ale próbuję ukazać jak
bardzo widać, że Abrams starał się naprawić to co niestety spieprzył Lucas. I
zamknął usta wszystkim niedowiarkom, którzy twierdzili, że jak Disney przejął
Star Wars to już tylko Miley Cyrus, Myszka Miki i w ogóle syf, kiła i mogiła.
To najbardziej gwiezdnowojenny film od czasów „Powrotu Jedi” czyli od ponad 30
lat!
Co mi się jeszcze podobało to pewne smaczki i mrugnięcia okiem do
starych fanów, nawet do tych, którzy narzekali na odrzucenie Expanded Universe.
Oczywiście nie dostajemy kropka w kropkę tego co tam było, ale kto obejrzy
film, ten będzie wiedział co mam na myśli. Nowe postaci na razie nie dostały
jeszcze zbyt wiele czasu na zaprezentowanie się, ale i tak myślę, że mają spory
potencjał. Film zostawia nas z wieloma pytaniami bez odpowiedzi, ale z drugiej
strony może to i lepiej (midichloriany – w waszą stronę teraz patrzę groźnym
wzrokiem i do was mówię!). Obawiałem się nieco, że klasyczni bohaterowie przyćmią
tych nowych, ale jest wręcz przeciwnie, wszystko to się ładnie ze sobą
przeplata i współgra, tworząc spójną opowieść, gdzie nie ma ważniejszych i
mniej ważnych postaci. Gdzie nowi bohaterowie nie są papierowymi atrapami, a
postaciami z krwi i kości, o których historiach zapewne dowiemy się więcej w
kolejnych epizodach.
Przyznam Wam się szczerze, że naprawdę rad jestem, że doczekaliśmy
się tego filmu. Z jednej strony jest on fantastycznym hołdem dla klasyki, z
drugiej zaś widać, że próbuje budować swoją historię. Oczywiście „Przebudzenie
mocy” jest dopiero pierwszym filmem, więc na rezultaty przyjdzie nam jeszcze
poczekać, ale myślę, że już teraz widać, że dobrze się stało, że Lucas
przekazał tę markę dalej. Choć muszę powiedzieć, że fani mogą być z pewnego
powodu mocno wkurzeni/zasmuceni/rozgoryczeni, ale znów muszę ugryźć się w
język, żeby nie zdradzić dlaczego.
Werdykt: bardzo mocne 9/10 i rekomendacja starwarsowego geeka.
Niech moc będzie z Wami!















