środa, 23 grudnia 2015

Moc się przebudziła!




Najważniejszy dla mnie film tego roku w końcu miał swoją premierę. Tekst, który piszę tutaj, po dłuuuugiej przerwie nie będzie recenzją sensu stricte. Bardziej będą to luźne przemyślenia na w miarę gorąco.

Zacznijmy jednak od początku. Moja przygoda z Gwiezdnymi Wojnami zaczęła się w 1997 roku, wraz z wypuszczeniem do kin tak zwanej Wersji Specjalnej oryginalnej trylogii. Już wcześniej wiedziałem mniej więcej czym jest Star Wars, ale to dopiero wtedy zobaczyłem dwa z trzech epizodów w kinie. Małym chłopięciem byłem podówczas, ale już wtedy filmy te zrobiły na mnie kolosalne wrażenie. "Imperium kontratakuje" do dziś zresztą pozostaje jednym z moich ulubionych filmów ever. Dwa lata później Lucas wypuścił do kin Epizod I. Zdania na temat tego tworu, jak wiadomo, są podzielone, gdy miałem kilkanaście lat spodobał mi się, podobnie jak późniejszy "Atak Klonów" czy "Zemsta Sithów". I wszystko fajnie i super, ale jednak nie było tego efektu 'wow', który towarzyszył oryginalnej trylogii. I niestety, moim skromnym zdaniem, filmy te nie wytrzymały próby czasu i z perspektywy czasu, jak i wieku uważam je za słabe, w czym utwierdziłem się robiąc sobie powtórkę przed seansem najnowszego epizodu (serio, "Atak klonów" jest filmem tak fatalnie złym, że nie mam pojęcia jak mógł mi się kiedyś podobać, "Mroczne widmo" ma przynajmniej Dartha Maula, ta część nie ma żadnego elementu, który by sprawił, żeby spojrzeć na nią bardziej przychylnym okiem, co smuci biorąc pod uwagę udział Christophera Lee... „Zemsta Sithów” jako tako jeszcze trzyma poziom, ale do OT temu daleko)

Mamy rok 2015, George Lucas oddał ster, Disney wykupił prawa do Gwiezdnej Sagi, za kamerą stanął J.J. Abrams, a do kin 18 grudnia weszło "Przebudzenie mocy" (to oczywiście w dużym skrócie, bo cały proces trwał dłużej;) ). Obaw związanych z tym filmem było co nie miara. Ja czułem, że jest szansa na rehabilitację po trylogii prequeli i...miałem rację!

Zasadniczo film ma w sobie wszystko to, czego brakowało Epizodom I-III. Ma ducha, ma wyraziste postaci, ma w końcu dużo więcej praktycznych efektów specjalnych. Kiedy zobaczyłem na ekranie kinowym po raz kolejny legendarne już "A long time ago in a galaxy far, far away..." to na mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech, który nie schodził z niej już niemal przez cały seans (spokojnie, nie będzie spoilerów :D ). "Przebudzenie mocy" jest dokładnie takie jakie powinno być. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu.  Tekst piszę na gorąco, ale postaram się opowiedzieć o filmie tak, żeby nie psuć zabawy tym, którzy go jeszcze nie widzieli ;)

Najprościej rzecz ujmując Abrams zebrał wszystko to, albo niemal wszystko, co pokochaliśmy w oryginalnej trylogii i stworzył z tego nową historię. I jasne, można się przyczepić do kilku kwestii, że odtwórcze, że to już było i tak dalej. Tylko nie widzę sensu. Dostaliśmy właśnie to, czego jako fani Star Wars chcieliśmy! I do tego wykonane jest to naprawdę znakomicie! Dodatkowo to pierwsza część sagi, którą miałem możliwość zobaczyć w 3D i to naprawdę zacnie wyglądało! Efekty specjalne znów miażdżą, choć oczywiście nie można było oczekiwać przełomu na miarę „Nowej Nadziei”. Ale czuć w tym tę cholerną duszę, której zabrakło w prequelach. I wiem, że się powtarzam, ale próbuję ukazać jak bardzo widać, że Abrams starał się naprawić to co niestety spieprzył Lucas. I zamknął usta wszystkim niedowiarkom, którzy twierdzili, że jak Disney przejął Star Wars to już tylko Miley Cyrus, Myszka Miki i w ogóle syf, kiła i mogiła. To najbardziej gwiezdnowojenny film od czasów „Powrotu Jedi” czyli od ponad 30 lat!

Co mi się jeszcze podobało to pewne smaczki i mrugnięcia okiem do starych fanów, nawet do tych, którzy narzekali na odrzucenie Expanded Universe. Oczywiście nie dostajemy kropka w kropkę tego co tam było, ale kto obejrzy film, ten będzie wiedział co mam na myśli. Nowe postaci na razie nie dostały jeszcze zbyt wiele czasu na zaprezentowanie się, ale i tak myślę, że mają spory potencjał. Film zostawia nas z wieloma pytaniami bez odpowiedzi, ale z drugiej strony może to i lepiej (midichloriany – w waszą stronę teraz patrzę groźnym wzrokiem i do was mówię!). Obawiałem się nieco, że klasyczni bohaterowie przyćmią tych nowych, ale jest wręcz przeciwnie, wszystko to się ładnie ze sobą przeplata i współgra, tworząc spójną opowieść, gdzie nie ma ważniejszych i mniej ważnych postaci. Gdzie nowi bohaterowie nie są papierowymi atrapami, a postaciami z krwi i kości, o których historiach zapewne dowiemy się więcej w kolejnych epizodach.

Przyznam Wam się szczerze, że naprawdę rad jestem, że doczekaliśmy się tego filmu. Z jednej strony jest on fantastycznym hołdem dla klasyki, z drugiej zaś widać, że próbuje budować swoją historię. Oczywiście „Przebudzenie mocy” jest dopiero pierwszym filmem, więc na rezultaty przyjdzie nam jeszcze poczekać, ale myślę, że już teraz widać, że dobrze się stało, że Lucas przekazał tę markę dalej. Choć muszę powiedzieć, że fani mogą być z pewnego powodu mocno wkurzeni/zasmuceni/rozgoryczeni, ale znów muszę ugryźć się w język, żeby nie zdradzić dlaczego.

Werdykt: bardzo mocne 9/10 i rekomendacja starwarsowego geeka.


Niech moc będzie z Wami!