środa, 15 marca 2017

Kong: Wyspa Czaszki (2017)

źródło: https://i.ytimg.com/vi/h9y6oPka3us/maxresdefault.jpg (nie jest to oficjalny plakat, ale jest tak piękny, że nie mogłem sobie darować)


Znów dawno mnie tu nie było i znów posypuję głowę popiołem, niemal jak Kichijiro w "Milczeniu" ;) No ale nie mogłem sobie odmówić napisania o filmie, którego tytuł jest zarazem tytułem niniejszego wpisu.

Cieszy mnie fakt, że tym razem mogę recenzję zacząć od słów: Ale to było dobre! Bo i "Kong: Wyspa Czaszki" robi niemal wszystko perfekcyjnie i w filmie tym zakochałem się po uszy. Zacznijmy jednak od początku.

Jako dzieciak z wypiekami na twarzy pochłaniałem kolejne produkcje z Kraju Kwitnącej Wiśni, zwane Kaiju. Są to najogólniej rzecz ujmując filmy o wielkich potworach. Jak wiadomo król potworów jest tylko jeden, a imię jego Godzilla (czy też idąc za japońskim oryginałem Gojira). Tym smutniejsze były dla mnie amerykańskie próby przeniesienia tej konkretnej marki na zachodni grunt. O "Godzilli" Emmericha z 1998 roku napisano już chyba wszystko i nie chcę po raz kolejny wylewać na nią wiadra pomyj, więc chcialbym się skupić na tej z 2014 roku, która była, nieznacznie, bo nieznacznie, ale jednak lepsza. Przede wszystkim sam tytułowy bohater wyglądał tak jak wyglądać powinien, a nie jak przerośnięty gekon. Tylko tutaj zaczyna się podstawowy problem. Kiedy oglądam film o królu potworów to chcę oglądać króla potworów, a nie dylematy i dramaty ludzi. Wiedział o tym Guillermo del Toro robiąc "Pacific Rim" (kocham całym sercem!), wiedzieli też Japończycy w swoich kilkudziesięciu filmach o Godzilli. Z tym większą radością obserwuję to co zrobili twórcy nowego filmu o wielkiej małpie.

Głównym bohaterem jest tutaj bowiem właśnie sam Kong, widzimy go dużo, nie jest ukrywany w cieniu jak Godzilla, możemy nawet trochę za pomocą samej mimiki i gestykulacji dowiedzieć się na jego temat. I jasne, jeśli chodzi o aktorów to mamy tutaj naprawdę wielkie nazwiska (Hiddleston, Goodman, Jackson), ale film nie zapomina na kim tak naprawdę powinien się skupiać. A Kong jest majestatyczny i epicki jak jasna cholera!

Kolejna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę to sam klimat filmu. Przeglądając forum najpopularniejszego polskiego portalu filmowego widziałem całą masę narzekań na nielogiczności fabularne, ale kaman, oglądamy właśnie film o wielkiej małpie, która żyje na tajemniczej, nigdy nie odkrytej wyspie wraz z innymi wielkimi potworami, serio chcemy się tutaj doszukiwać logiki? Swoją drogą motyw wyspy nasuwał mi, całkiem słusznie zresztą jak sądzę, skojarzenia z kultowym "Zaginionym światem" Arthura Conana Doyle'a. Dodajmy do tego lekkie nawiązania do Conrada i otrzymujemy przewspaniały film przygodowy, z lekkim polem do refleksji.

I jasne, postaci są dość płasko zarysowane, mamy "tego odważnego", "tę wścibską", "tego nerda", "tego wariata" i tak dalej. Ale przy całej prostocie portretów psychologicznych, twórcy potrafią zbudować jakąś więź między postaciami a widzem. Nie jest to jednak przerzucanie całej uwagi na postaci ludzkie, cały czas pamiętamy, że głównym bohaterem jest tu Kong!

Po raz kolejny powracając do tytułowej bestii - jak to jest fantastycznie zrobione! Zdziwię się jeśli spece od efektów komputerowych nie zgarną w  przyszłym roku chociażby nominacji, bo to naprawdę kapitalna robota! Dodajcie do tego naprawdę rewelacyjne sceny walk między potworami, parę fantastycznych kadrów, klimat lat 70, który wręcz wylewa się z tego filmu, a dostaniecie idealny letni blockbuster, który jednakowoż zadebiutował nieco wcześniej ;)

No i scena po napisach! Nie chcę spoilerować, ale jeśli wszystko dobrze pójdzie, to szykuje się prawdziwy nerdgasm dla fanów Kaiju! Dejcie mi tego wincyj!!!

Ocena: 8/10
Naprawdę solidny film przygodowy, jakich mało się już kręci. Oddaje hołd klasyce, będąc zarazem niezwykle współczesnym pod względem wykonania, czy narracji. I nie jest to bezpośredni remake King Konga, choć niektóre motywy się powtarzają, bardziej można określić to mianem rebootu serii, co powinno zainteresować również samych miłośników filmów o wielkiej małpie, bo parę zaskoczeń się pojawia. Polecam mocno i czekam na kolejne filmy!!!

niedziela, 8 stycznia 2017

Assassin's Creed (2016)

źródło: https://i.ytimg.com/vi/7s9-p0WW2BY/maxresdefault.jpg


Chwilowo znów zamilkłem, ale żyję i mam się względnie dobrze. Jako że jednak zwrócono mi uwagę, że dawno się tutaj nic nie działo, to postanowiłem skrobnąć parę słów o kolejnym filmie, który miałem wątpliwą przyjemność obejrzeć. Okazja o tyle dobra, że rzadko jest aż taka szansa, żeby jakiś film bez pardonu zmieszać z błotem ;)

Na wstępie przyznam szczerze, że nie jestem fanem tekstu źródłowego jakim są wręcz taśmowo wypuszczane kolejne odsłony serii o odwiecznej walce dobrych Asasynów i złych Templariuszy. Coś tam pograłem, uniwersum mniej więcej znam, pomysł mi się podoba, ale na dłuższą mętę żadna z części mnie (jeszcze) nie wciągnęła. Co nie znaczy, że nie planuję dać im jeszcze szansy, choć gdyby miał mnie do tego zmotywować omawiany  filmowy koszmarek, to pewnie nie tknąłbym serii Ubi nawet kijem.

Jeśli śledzicie popkulturowe newsy z podobnym zaangażowaniem jak ja, to pewnie słyszeliście już, że krytycy w Stanach nie pozostawili na filmowym Kredzie Asasyna suchej nitki. W swojej ogromnej naiwności stwierdziłem jednak, że nie może być aż tak źle. O w jakimż byłem błędzie! Zastanawiam się od czego zacząć. Zdawać się bowiem może, że mamy do czynienia wręcz z samograjem - popularna marka, dobra obsada, spory budżet, co tu mogło się nie udać? Odpowiedź na to fundamentalne pytanie można zawrzeć w jednym słowie: WSZYSTKO.

Fabularnie seria od Ubisoftu nigdy nie prezentowała sobą jakiegoś nie wiadomo jak wysokiego poziomu, w gruncie rzeczy historia była tu głównie pretekstowa, żeby wprowadzić gracza w świat, gdzie może sobie swobodnie biegać po jakimś mieście, skakać po dachach, zabijać wyznaczone ofiary etc. Względne poczucie swobody jest zresztą do dziś znakiem rozpoznawczym tej serii, ot takie turystyczne sandboksy chciałoby się powiedzieć. Co było największym rozczarowaniem wśród graczy gdy pojawiła się pierwsza część serii? Pomijam tu kwestię powtarzalności i nudy wyzierającej z rozgrywki w każdej kolejnej godzinie, nie to bowiem mam na myśli. Największym rozczarowaniem, co pamiętam z licznych recenzji, był cały wątek dziejący się w czasach teraźniejszych, wszyscy chcieli jak najszybciej wracać do przeszłości i kosić wszystko i wszystkich badassowym Asasynem. Co więc zrobili twórcy filmu? 80% akcji dzieje się w czasach teraźniejszych! Poważnie, myślałem, że to niemożliwe by tak podstawowy aspekt skopać, ale im udało się to na piątkę z plusem! Żeby jeszcze ten wątek teraźniejszy był interesujący, ale znów - nie. Jest nudny, pełen ekspozycji i zagrany tak jakby każdy z aktorów w myślach liczył już dolary, które dostanie za występ w tej farsie. Inna kwestia, że nie bardzo jest tu co grać bo dialogi pisał chyba jakiś krewny George'a Lucasa - są fatalne!

To może chociaż wątek historyczny jest spoko? Nope,,, Tzn jasne, jest lepszy niż ten współczesny, ale jest go za mało, dostajemy jakieś randomowe postaci, o których się niemal nic nie dowiadujemy, plus wszystko pociągnięto jakimś kiepskim filtrem obrazu, tak że czułem się momentami jakbym oglądał kiepską kamerówkę a nie film w kinie (warto dodać do tego wszechobecną mgłę, jak w starych grach komputerowych, gdzie służyła do maskowania niedoróbek, tutaj chyba miała zasłaniać słabe CGI). Plus za to, że bohaterowie w scenach historycznych faktycznie cały czas mówią po hiszpańsku, jako że to Andaluzja w roku 1492. Tylko co z tego, skoro nawet jak już widzimy fajną sekwencję akcji w czasach Inkwizycji, to autorzy co chwilę wrzucają nam przebitki Fassbendera odstawiającego dokładnie tę samą akcję w Animusie? Filmie, dlaczego mi to robisz? Nie chcę wątku współczesnego, chcę czasy Hiszpańskiej Inkwizycji!

Im dłużej myślę o tym filmie tym przypominam sobie więcej rzeczy, które mnie w nim wkurzały. Najbardziej jednak w tym wszystkim boli fakt, że znów zaprzepaszczono okazję na dobrą egranizację. Który to już raz? I to mając gotowy materiał źródłowy i naprawdę dobrą obsadę! Jeśli zastanawiacie się nad seansem to nie róbcie tego. Gdyby nie fakt, że poszedłem w ramach abonamentu w wiadomym kinie, to szczerze żałowałbym pieniędzy wydanych na bilet.

Ocena: 3/10 (bo inkwizycyjna Hiszpania miała potencjał i gdyby pociągnąć ten wątek na cały film to może coś by z tego było)

poniedziałek, 28 listopada 2016

Tygodniowy przegląd kinowy

Witajcie! Z lekkim poślizgiem, ale w końcu udało się przysiąść i skrobnąć parę słów o filmach, które miałem okazję ostatnio oglądać. Pierwotnie planowałem osobne teksty o każdym z nich, ale że nazbierało się ich aż 4 to postanowiłem zrobić zbiorczy post. Żeby nie przedłużać, zaczynajmy!

Jestem mordercą (reż. Maciej Pieprzyca, 2016)

Bardzo raduje mnie kierunek w którym ostatnio zmierza polskie kino. Coraz więcej ciekawych historii i coraz mniej głupich komedii romantycznych tudzież bolesnej martyrologii przebija się do mainstreamu. Film Pieprzycy wychodzi wszakże od kina gatunkowego, jakim jest kryminał, ale bawi się jego konwencją i tak naprawdę miast być opowieścią o Wampirze z Zagłębia, bardziej skupia się na mechanizmach władzy w czasach głębokiego PRLu. I cholera, robi to znakomicie! Stylizowane, lekko przefiltrowane zdjęcia, kostiumy, scenografia, wszystko to sprawia, że czujemy się jakbyśmy oglądali film z epoki. Do tego świetne aktorstwo (Jakubik jako Wiesław Kalicki/Zdzisław Marchwicki jest po prostu fenomenalny, a większość jego gry opiera się nie na dialogach, a na mimice!), znakomita muzyka i zdjęcia, i tym oto sposobem dostajemy jeden z bardziej interesujących polskich filmów tego roku (przyznaję, nie widziałem jeszcze "Ostatniej rodziny"). Zwraca też uwagę sama historia, która bardziej niż na samym poszukiwaniu Wampira skupia się raczej na portretach psychologicznych bohaterów i zachodzących w nich przemianach. Nie chcę zdradzać za dużo, ale uczucia względem głównego bohatera, granego świetnie przez nieopatrzonego jeszcze Mirosława Haniszewskiego, zmieniają się w ciągu seansu o 180 stopni.

Moja ocena: bardzo mocne 8/10 (blisko dziewiątki nawet)


Fantastic Beasts and Where to Find Them (reż. David Yates, 2016)

Jako dzieciak cholernie lubiłem uniwersum Harry'ego Pottera. Perspektywa filmu w tymże świecie, wykorzystującego jednak teraz bardziej dorosłych bohaterów, a także z akcją umiejscowioną wcześniej względem serii o Harrym, wydała się więc całkiem kusząca (bo dzieciaka w sobie nie wolno zabijać, a wręcz przeciwnie, trzeba pozwalać mu się wyszaleć na filmach, których rzekomo poważni i dorośli ludzie nie powinni oglądać;) )  Jak więc produkcja sprawdziła się w praniu? Ogólnie rzecz ujmując jest dobrze. Nie rewelacyjnie, ale dobrze. Widać niestety, że "Fantastic Beasts..." jest jedynie wstępem do trylogii i sama fabuła jest raczej pretekstowa, żeby wprowadzić poszczególnych bohaterów i coś, ale nie za wiele, nam o nich powiedzieć. Jacy są bohaterowie? Newt Scamander, grany przez Eddiego Redmayne'a wzbudza sympatię, choć poprzez swoje dziwactwo sprawia momentami wrażenie jakbyśmy oglądali Doctora Who jeno w świecie magii (nawet ta walizka, która jest większa w środku!). I mnie to absolutnie nie przeszkadza, bo jak większość z Was wie, Doctor Who jest niezwykle bliski mojemu sercu. Drugi plan zdaje się nieco mniej zarysowany, ale zdarzają się perełki, takie jak Jacob Kowalski brawurowo odegrany przez, znanego m.in. z teledysku do "I don't wanna be me" Type O Negative czy z cudownego geekowskiego filmu "Fanboys", Dana Foglera. Ogólnie rzecz ujmując jest spoko, ale czegoś jakby zabrakło, wciąż nie do końca jestem w stanie powiedzieć czego, pomimo tego, że od seansu minęło już trochę czasu;) A, no i efekty oraz tytułowe zwierzęta są naprawdę bardzo zacne (Niuchacz <3)

Moja ocena: 7/10


Inferno ( reż. Ron Howard, 2016)

Czyli przygód Roberta Langdona ciąg dalszy;) Nie będę się tu pastwił nad Danem Brownem, ani czynił przytyków w jego kierunku, bo nie mam w tym temacie szans ze ś.p. Umberto Eco (który w jednym z wywiadów stwierdził, że chodzili do tych samych antykwariatów pisząc swoje powieści, jeno Brown wziął to wszystko co przeczytał na poważnie), ale skupię się na samym filmie. A film jest zadziwiająco całkiem w porządku! Piszę zadziwiająco, bo przed seansem widziałem masę negatywnych recenzji, że nudny i tak dalej. Więc na film szedłem z lekkimi obawami, ale i bez wielkich oczekiwań. I bawiłem się bardzo dobrze. Howard ani przez chwilę nie udaje, że "Inferno" ma być czymś więcej niźli tylko rozrywką, a w kategorii lekkiego blockbustera produkcja ta sprawdza się bardzo dobrze. Ciężko napisać coś więcej w sumie, jeśli podobały Wam się poprzednie części serii to ta również powinna Was ukontentować, jeśli nie to raczej Was nie przekona. Na plus zaliczyłbym jeszcze fajne, bardzo plastyczne wizje piekła, niczym z jakichś malowideł Boscha. Ogólnie warstwa audiowizualna sprawdza się bardzo dobrze. Nawet aktorsko jest nieźle, cieszy w szczególności postać kobieca grana przez Felicity Jones, bo mając w pamięci Audrey Tatou, z pierwszej części serii miałem nieco obawy o bezpłciowość i nijakość towarzyszki Langdona. Hanks zaś jako protagonista nie wychodzi jakoś szczególnie poza to do czego zdążył nas przyzwyczaić, poprawnie, ale bez jakichś nieprawdopodobnych aktorskich szarż.
Moja ocena: 7/10


Nocturnal Animals (reż. Tom Ford, 2016)

Last but not least, właściwie największa perełka w tym zestawieniu. Idąc do kina spodziewałem się zupełnie innej produkcji niż dostałem, ale czy to źle? Absolutnie nie! Tom Ford już swoim "Samotnym mężczyzną" udowodnił, że talent reżyserski jaki w nim drzemie jest nieprzeciętny, przy "Nocturnal Animals" tę poprzeczkę stawia sobie jeszcze wyżej. Romans, dramat, thriller i film o zemście splatają się tutaj w jeden, niezwykle intrygujący mariaż. Właściwie wszystko w tym filmie zagrało tak jak powinno. Poczynając od kreacji aktorskich (kolejny znakomita rola Amy Adams w tym roku, zdążyłem już zapomnieć o Lois Lane z "BvS") poprzez oniryczną, nieco przytłaczającą atmosferę, a na kapitalnej muzyce Abla Korzeniowskiego kończąc (dajcie mu chociaż nominację!). Warto dodać tutaj, że ponownie Ford w swoim filmie skupia się tak naprawdę na temacie samotności i robi to w niezwykle umiejętny sposób. Mógłbym zachwycać się dalej, ale też chcę uniknąć jakichkolwiek spoilerów, bo najlepiej wiedzieć o tym filmie przez seansem jak najmniej;) Jednym słowem warto bardzo i pomijając produkcje stricte popkulturowe, "Nocturnal Animals" zajmuje u mnie jedno z najwyższych miejsc w rankingu najlepszych filmów tego zbliżającego się już ku końcowi roku.
Moja ocena: mocne 9/10
(Jake Gyllenhaal po raz kolejny kapitalny, podoba mi się w jakim kierunku idzie jego kariera!)

I to właściwie tyle na dziś;) Jeśli widzieliście któryś z wymienionych filmów i chcielibyście podyskutować na jego temat, to zapraszam do komentowania. Tymczasem żegnam się i do następnego!

wtorek, 15 listopada 2016

Arrival (2016)

źródło: http://cdn2-www.comingsoon.net/assets/uploads/gallery/arrival/cp8v8n0vmaadzn6-jpg-large.jpg



Dzień dobry! Jak obiecałem tak czynię, nadrabiam kinowe zaległości i tym samym dostarczam Wam nowych materiałów do czytania;)

Jeśli spojrzeliście na tytuł posta to już pewnie wiecie o czym będzie traktował niniejszy wpis. Na początku muszę Wam się jednak do czegoś przyznać. Cholernie lubię kameralne, wyciszone kino. Może brzmieć to zaskakująco z ust człowieka jarającego się superbohaterskimi blockbusterami, ale myślę, że jedno absolutnie nie wyklucza drugiego. A dlaczego o tym piszę? Bo właśnie z takim dość kameralnym i wyciszonym kinem mamy do czynienia w przypadku "Arrival" (pozostanę przy tytule angielskim, bo "Nowy początek" brzmi absolutnie fatalnie i nie wiem kto na to wpadł, ale wypada mu serdecznie pogratulować i życzyć szczęścia).

Jak często w kinie sci-fi mamy do czynienia z kosmitami, którzy nie są wrogo nastawieni? Ostatnio rozmawiałem z kimś na ten temat i przyszły nam do głowy dwa tytuły: "E.T." i "A.L.F.". Zauważcie, że obydwa z nich skierowane są raczej do młodszego widza, w filmach "dla dorosłych" kosmici niemalże zawsze dezintegrują, destruują, dekapitują i ogólnie nie są w najlepszych relacjach z rasą ludzką. Tym bardziej urzeka mnie sam koncept z jakiego wychodzi Denis Villeneuve w swoim najnowszym filmie.

Oto bowiem na Ziemi ląduje 12 statków kosmicznych. Nikt nie wie jakie są zamiary przybyszów ani jak się z nimi skomunikować. I tu do akcji wchodzi główna bohaterka, Louise, grana przez Amy Adams. Jest ona specjalistką od lingwistyki i wojsko prosi ją, by spróbowała odszyfrować "język" jakim porozumiewają się Heptapody (bo tak ochrzczeni zostają obcy) i nawiązać z nimi kontakt.
Poniekąd z powodu mojego wykształcenia kwestie lingwistyczne są dla mnie niezwykle interesujące, a i fakt uczynienia z lingwisty głównego bohatera filmu sci-fi jest czymś tak nietypowym i świeżym (pomijam Jamesa "nauczyłem się obcego języka w 2 godziny bo był podobny do staroegipskiego" Spadera w "Stargate" Emmericha). Ale mamy też Jeremy'ego Rennera jako fizyka, który wspólnie z Louise stara się naukowo wytłumaczyć sposób porozumiewania się obcych. ("Kiedy Hawkeye poznał Lois Lane" :D) I tak oto dostajemy 2 godziny filmu, któremu bliżej do filozoficznych rozważań Lema (to porównanie pojawiło się już w kilku innych recenzjach, ale nie sposób go tu nie przywołać) niż do laserów i wybuchów rodem z "Dnia Niepodległości" (znów ten Emmerich :D ). I kurczę, ten film naprawdę dobrze to robi! Obawiałem się nieco, że dostaniemy przeintelektualizowaną wydmuszkę, rozważania o życiu, wszechświecie i całej reszcie. Nic z tych rzeczy! Owszem, w końcówce wkrada się nieco hollywoodzkiego sentymentalizmu, ale jako całość film broni się niespiesznym budowaniem akcji, wyciszeniem i takim właśnie cholernie niehollywoodzkim charakterem, nie popadając przy tym w tony rodem z Paulo Coelho. A scena gdy bohaterka po raz pierwszy widzi ogromny, majestatyczny statek kosmitów - majstersztyk.

W kwestii technikaliów  cieszy to, że efekty specjalne są jedynie tłem i nie przesłaniają fabuły, sam projekt obcych jest kapitalny (bo kto powiedział, że to muszą być humanoidalne istoty?) a i statki nasuwać mogą skojarzenia z czarnym monolitem z legendarnej już "Odysei Kosmicznej 2001" Kubricka. Zdjęcia są świetne, a muzyka bardzo dobrze współgra z obrazem. Aktorsko też jest bardzo dobrze, Amy Adams można lubić lub nie, ale nie można zaprzeczyć, że jest naprawdę dobrą aktorką i kolejny raz to pokazuje (uznajmy, że jej rola Lois Lane w "Batman v Superman" to wypadek przy pracy :D) a i postać grana przez Rennera wzbudza od razu naszą sympatię. No i na drugim planie mamy Foresta Whitakera, który co prawda nie bardzo ma okazję się wykazać, ale pomimo tego jest świetny jak zawsze.

Wyszedłem zatem z kina dość ukontentowany i mogę z czystym sercem polecić Wam seans "Arrival" jeśli oczywiście nie wzdrygacie się na dźwięk słów "Science-Fiction" ;) A nawet jeśli to i tak na Waszym miejscu dałbym tej produkcji szansę, bo tak naprawdę nie jest ona o kosmitach, a o języku i o nas samych.

Ocena: bardzo mocne 8/10

niedziela, 13 listopada 2016

Ouija: Narodziny Zła

źródło: http://img.goldposter.com/2016/08/ouija-2_poster_goldposter_com_3.jpg (nawiasem mówiąc plakat im się akurat bardzo udał;) )




Witajcie po bardzo, bardzo, baaardzo długiej przerwie! Wiem, zawaliłem nieco sprawę i zaniedbałem nieco bloga, ale faktem jest, że trochę innych spraw ostatnio zaprzątało moją głowę. Posypuję ją jednak popiołem i biorę się do roboty, albowiem jest sporo do nadrobienia ;)

Dziś mój pierwszy dzień korzystania z karty Cinema City Unlimited (materiał nie jest sponsorowany, żeby nie było :D ) i w związku z tym możecie liczyć na to, że będzie pojawiać się tutaj znacznie więcej tekstów dotyczących filmów, bo i częstsze chodzenie do kina będzie dużo łatwiejsze z rzeczoną kartą. Aktualnie planuję , że będzie to minimum raz w tygodniu, ale znacie to powiedzenie o tym jak rozśmieszyć Boga ;)  Dość już o tym jednak, jak to mawiali starożytni Rosjanie: ad rem!

Na swój pierwszy seans z kartą wybrałem horror. Ci którzy mnie znają lepiej nie powinni być szczególnie zdziwieni. Niestety, jako że do mainstreamu (czyt. do kin) trafia horrorów niezbyt wiele, to i mój wybór był mocno ograniczony. I tak oto padło na "Ouija: Narodziny Zła"...

Funfact na początek: wiedzieliście, że nazwa Ouija jest zarejestrowanym znakiem towarowym należącym do Hasbro? Tak, tego od Monopoly, G.I. Joe czy Transformers. Perspektywa horroru na licencji producenta zabawek nie brzmi zbyt kusząco (chyba, że byłaby to Laleczka Chucky), ale nie oceniajmy książki po okładce, a horroru po licencji.

Ouija to taka śmieszna tablica służąca do komunikowania się z duchami, niby gra, niby zabawa, ale horror filmowy lubi sięgać po ten rekwizyt już właściwie od wielu lat (nie wiem czy zawsze z błogosławieństwem Hasbro). A wygląda to mniej więcej tak:

źródło: https://i.ytimg.com/vi/kQ4iw5TRTpI/maxresdefault.jpg


Skoro wprowadzenie teoretyczne mamy już za sobą przejdźmy do samego mięsa, czyli filmu. Sam fakt, że film jest na licencji nie do końca wiążącej się z horrorem budził moje obawy, że dostanę coś w stylu "Gęsiej Skórki", czy innego "Scooby Doo" (obydwa szanuję, ale nie tego oczekuję gdy zasiadam do oglądania kina grozy). Na szczęście nie jest tak źle, film jak najbardziej jest horrorem w duchu "Obecności" czy ogólnie popularnego ostatnio nurtu opętań, nawiedzeń etc. Mamy zatem matkę z dwójką córek, które zajmują się mediumizmem. Nie będzie dużym spoilerem gdy powiem, że jest to oczywiście ściema, bo ta informacja została widzowi podana już w trailerze (swoją drogą całkiem zachęcającym do obejrzenia filmu, więc spełnił on swoją rolę). Z czasem jednak, po użyciu tytułowej planszy zaczynają dziać się dziwne rzeczy.

I tu zaczyna się mój główny problem z tym filmem. Jak na horror jest on bowiem... za mało straszny. Tzn jasne, są jumpscare'y i... jumpscare'y.. i jeszcze trochę jumpscarów. Ale gdzieś tutaj zabrakło dla mnie budowania poczucia grozy, uważam bowiem, że jumpscare'y są najbardziej "tanim" efektem używanym przez reżyserów, próbujących sklecić filmowy horror. Można ich używać umiejętnie, można zaś, pardon my french, nasrać ich do filmu tyle, że w którymś momencie efekt przestaje działać. Niestety w przypadku "Ouiji" mamy do czynienia z drugą strategią. Pomijam kwestię tego, że Mike Flanagan, który jest autorem tego filmu (odpowiada zarówno za reżyserię jak i scenariusz) wrzucił tutaj wszystkie możliwe gatunkowe klisze. Mamy więc opętaną dziewczynkę rodem z kultowego "Poltergeista", mamy bohaterskiego księdza, który stawia czoła demonom/duchom/upiorom (niepotrzebne skreślić), mamy matkę, która najpierw nie dowierza w wydarzenia, które mają miejsce, by później walczyć niczym lwica o swoje młode. I oczywiście, że często oglądamy horrory właśnie dlatego, że są schematyczne i wiemy czego się spodziewać, ale lubimy też gdy reżyser dodaje coś od siebie, gdy reinterpretuje te klisze, bawi się nimi, wywraca je do góry nogami. Film Flanagana niestety jest do bólu poprawny. Nie jest zły, ale nie wyróżnia się niczym. Zagrany jest poprawnie, nakręcony jest poprawnie, fabuła poprowadzona jest w miarę poprawnie (choć można odnieść wrażenie, że napchano tam za dużo wątków i nie do końca wszystkim dano w pełni wybrzmieć.

Nie mogę jednoznacznie polecić tego filmu, ale nie mogę też z premedytacją go zjechać, bo też nie do końca na to zasługuje. Jest po prostu średni. Jeśli nie macie nic innego do roboty to możecie go obejrzeć, ale też lepiej chyba poczekać aż pojawi się na dvd albo gdy któraś z telewizji go wyemituje. Parafrazując klasyka: "Ja już go widziałem, więc Wy nie musicie" ;)

Ocena: 5/10



czwartek, 31 marca 2016

Quo Vadis Horror?

źródło: http://halloweenlove.com/when-icons-assemble-halloween-love-chats-to-horror-art-hero-chris-labrenz/


Witajcie po przeokrutnie długiej przerwie! Jak widzicie postanowiłem wziąć się do roboty i wprowadzić sporo zmian w formie bloga. Po pierwsze zdecydowałem się na zmianę nazwy, bo poprzednia była jakaś taka... bo ja wiem, chyba mało oryginalna;) Po drugie lekki redesign dotknął stronę wizualną. Podejrzewam, że nie jest to jeszcze forma ostateczna, ale z pewnością wygląda to lepiej niż poprzednio. No i pojawiło się w końcu logo;)

Dziś postanowiłem zająć się tematem, który jest mi bardzo bliski, jak wiedzą ci, którzy mnie znają. Mowa oczywiście o horrorze, w tym przypadku jest to horror filmowy. Ostatnio postanowiłem ponadrabiać trochę głośnych pozycji z tego gatunku z ostatnich lat i zacząłem zastanawiać się w jakim kierunku to wszystko zmierza. Spójrzmy bowiem jakie ostatnimi czasy są najpopularniejsze trendy w horrorze:

1) Found footage - szczerze mówiąc nigdy szczególnie nie jarały mnie filmy imitujące produkcje dokumentalne. Jasne, pierwszy Blair Witch był spoko, REC również zrobił na mnie wrażenie, ale zasadniczo zauważam ostatnio przesyt w tym temacie. Spoglądam na fabułę jakiegoś filmu, stwierdzam "o, to może być ciekawe", włączam, po czym odbijam się jak od ściany myśląc "o nie, znowu found footage..." Apel do producentów: zaniechajcie tego procederu, bo konwencja już ledwo dycha!

2) Opętania/demony/duchy - Tak, Egzorcysta był świetny, tak, Obecność mi się podobała, ale znów odnoszę wrażenie, że ostatnio co drugi horror dotyczy tego tematu. Czasem łączy się to dodatkowo z konwencją z punktu pierwszego. Za dużo tego.

3) Hołdy dla oldskulowych horrorów - I tu już robi się ciekawiej, bo jestem wielkim fanem wszelkich meta historii. Ostatnio zachwyciło mnie Final Girls z ubiegłego roku, bo w fantastyczny sposób bawiło się konwencją slashera z lat 80. Tylko znów, pomimo dużej wartości rozrywkowej, odnoszę wrażenie braku pomysłów i oryginalności. Slasherem bawił się wcześniej nie kto inny jak Wes Craven tworząc pierwszy Krzyk i po nim ciężko powiedzieć w tym temacie coś nowego. Pomysł powtórzony kilka razy przestaje być świeży.

I teraz pojawia się pytanie gdzie podziały się te fantastyczne filmy, te świeże produkcje, które sprawiały, że wsiąkaliśmy w wykreowany w nich świat i zawieszaliśmy niewiarę? Niemal wszystko jest kopią kopii.Odnoszę wrażenie, że twórcom albo skończyły się pomysły, albo też starają się zarobić na widzach najprostszymi metodami (zgodnie z dewizą inżyniera Mamonia). I zdarzają się perełki, jak najbardziej, ale coraz ciężej je wyłowić. Mam jednak cichą nadzieję, że filmowy horror nie powiedział jeszcze swojego ostatniego słowa. I że doczekamy się kolejnych świeżych, dobrych produkcji, które pokażą, że jest się jeszcze czego bać. Czego sobie i Wam życzę.

A tytułem podsumowania postanowiłem sporządzić taką małą listę wartych uwagi filmów i reżyserów, tak gdybyście szukali jakiegoś dobrego horroru na wieczorny seans;) Nie jest ona bynajmniej zhierarchizowana, więc mogę śmiało polecić każdą z wymienionych produkcji.

1. Suspiria (1977) reż. Dario Argento


Prawdopodobnie jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy horror jaki widziałem. Niesamowita  atmosfera, przepiękna warstwa wizualna i genialna muzyka autorstwa zespołu Goblin. Jeśli lubicie filmy, które w kapitalny sposób budują klimat to to zdecydowanie produkcja dla Was.

2. The Beyond (1980) reż. Lucio Fulci



Kolejny włoski horror na liście, albowiem trzeba przyznać, że Włosi byli mistrzami w budowaniu bardzo surrealistycznych, wyrwanych wręcz z sennych koszmarów, historii. Przy seansie trzeba odrzucić logiczne myślenie i skupić się na doznaniach, No i to zakończenie!

3. Hellraiser części 1-6, różni reżyserzy


Rzadko zdarza się, żeby seria była tak bardzo równa jeśli chodzi o poziom. Hellraiser jest chlubnym przykładem takiej właśnie sytuacji. Film często balansuje na granicy dobrego smaku w kwestii gore, ale jest to nieodłącznym elementem klimatu całości. No i dostajemy tutaj jedną z najbardziej ikonicznych postaci w historii horroru, czyli Pinhead, kapitalnie odegranego przez Douga Bradleya.

4. Evil Dead -cała seria, łącznie z remake'iem i serialem, reż. Sam Raimi (w większości przypadków;) )


To ciekawy przypadek, bo każda kolejna część jest odmienna klimatem. Jedynka to horror pełną gębą, dwójka to komediohorror, trójka to kino nowej przygody, z elementami fantasy (horroru tu najmniej). Remake powraca do klimatów znanych z pierwszej odsłony, stawiając jednak na jeszcze bardziej hardkorowe gore, natomiast serial to znów komediohorror znany z części drugiej. Szczerze? Warto zobaczyć wszystko, najlepiej w kolejności powstawania;)

5. Babadook (2014) reż. Jennifer Kent



Na koniec produkcja świeża, pokazująca, że nawet dziś powstają świetne produkcje. Niezależny australijski film, sfinansowany częściowo przez Kickstartera to jeden z najlepszych horrorów psychologicznych jakie widziałem. Kameralny, świetnie zagrany i rewelacyjnie budujący klimat. Nie znajdziecie tu gore, nie znajdziecie szaleńczej akcji, ale powolne, bardzo wycyzelowane budowanie napięcia. Polecam absolutnie!

Jak wspominałem lista jest krótka, tak jedynie na zachętę. Uprzedzam też, że spora część z wymienionych filmów zawiera sceny dość drastyczne, aczkolwiek w każdym przypadku jest to w pełni uzasadnione, nie jest to gore dla samego gore;) Gdybyście chcieli, żebym stworzył kiedyś dłuższą, bardziej rozbudowaną listę to dawajcie znać w komentarzach.

środa, 23 grudnia 2015

Moc się przebudziła!




Najważniejszy dla mnie film tego roku w końcu miał swoją premierę. Tekst, który piszę tutaj, po dłuuuugiej przerwie nie będzie recenzją sensu stricte. Bardziej będą to luźne przemyślenia na w miarę gorąco.

Zacznijmy jednak od początku. Moja przygoda z Gwiezdnymi Wojnami zaczęła się w 1997 roku, wraz z wypuszczeniem do kin tak zwanej Wersji Specjalnej oryginalnej trylogii. Już wcześniej wiedziałem mniej więcej czym jest Star Wars, ale to dopiero wtedy zobaczyłem dwa z trzech epizodów w kinie. Małym chłopięciem byłem podówczas, ale już wtedy filmy te zrobiły na mnie kolosalne wrażenie. "Imperium kontratakuje" do dziś zresztą pozostaje jednym z moich ulubionych filmów ever. Dwa lata później Lucas wypuścił do kin Epizod I. Zdania na temat tego tworu, jak wiadomo, są podzielone, gdy miałem kilkanaście lat spodobał mi się, podobnie jak późniejszy "Atak Klonów" czy "Zemsta Sithów". I wszystko fajnie i super, ale jednak nie było tego efektu 'wow', który towarzyszył oryginalnej trylogii. I niestety, moim skromnym zdaniem, filmy te nie wytrzymały próby czasu i z perspektywy czasu, jak i wieku uważam je za słabe, w czym utwierdziłem się robiąc sobie powtórkę przed seansem najnowszego epizodu (serio, "Atak klonów" jest filmem tak fatalnie złym, że nie mam pojęcia jak mógł mi się kiedyś podobać, "Mroczne widmo" ma przynajmniej Dartha Maula, ta część nie ma żadnego elementu, który by sprawił, żeby spojrzeć na nią bardziej przychylnym okiem, co smuci biorąc pod uwagę udział Christophera Lee... „Zemsta Sithów” jako tako jeszcze trzyma poziom, ale do OT temu daleko)

Mamy rok 2015, George Lucas oddał ster, Disney wykupił prawa do Gwiezdnej Sagi, za kamerą stanął J.J. Abrams, a do kin 18 grudnia weszło "Przebudzenie mocy" (to oczywiście w dużym skrócie, bo cały proces trwał dłużej;) ). Obaw związanych z tym filmem było co nie miara. Ja czułem, że jest szansa na rehabilitację po trylogii prequeli i...miałem rację!

Zasadniczo film ma w sobie wszystko to, czego brakowało Epizodom I-III. Ma ducha, ma wyraziste postaci, ma w końcu dużo więcej praktycznych efektów specjalnych. Kiedy zobaczyłem na ekranie kinowym po raz kolejny legendarne już "A long time ago in a galaxy far, far away..." to na mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech, który nie schodził z niej już niemal przez cały seans (spokojnie, nie będzie spoilerów :D ). "Przebudzenie mocy" jest dokładnie takie jakie powinno być. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu.  Tekst piszę na gorąco, ale postaram się opowiedzieć o filmie tak, żeby nie psuć zabawy tym, którzy go jeszcze nie widzieli ;)

Najprościej rzecz ujmując Abrams zebrał wszystko to, albo niemal wszystko, co pokochaliśmy w oryginalnej trylogii i stworzył z tego nową historię. I jasne, można się przyczepić do kilku kwestii, że odtwórcze, że to już było i tak dalej. Tylko nie widzę sensu. Dostaliśmy właśnie to, czego jako fani Star Wars chcieliśmy! I do tego wykonane jest to naprawdę znakomicie! Dodatkowo to pierwsza część sagi, którą miałem możliwość zobaczyć w 3D i to naprawdę zacnie wyglądało! Efekty specjalne znów miażdżą, choć oczywiście nie można było oczekiwać przełomu na miarę „Nowej Nadziei”. Ale czuć w tym tę cholerną duszę, której zabrakło w prequelach. I wiem, że się powtarzam, ale próbuję ukazać jak bardzo widać, że Abrams starał się naprawić to co niestety spieprzył Lucas. I zamknął usta wszystkim niedowiarkom, którzy twierdzili, że jak Disney przejął Star Wars to już tylko Miley Cyrus, Myszka Miki i w ogóle syf, kiła i mogiła. To najbardziej gwiezdnowojenny film od czasów „Powrotu Jedi” czyli od ponad 30 lat!

Co mi się jeszcze podobało to pewne smaczki i mrugnięcia okiem do starych fanów, nawet do tych, którzy narzekali na odrzucenie Expanded Universe. Oczywiście nie dostajemy kropka w kropkę tego co tam było, ale kto obejrzy film, ten będzie wiedział co mam na myśli. Nowe postaci na razie nie dostały jeszcze zbyt wiele czasu na zaprezentowanie się, ale i tak myślę, że mają spory potencjał. Film zostawia nas z wieloma pytaniami bez odpowiedzi, ale z drugiej strony może to i lepiej (midichloriany – w waszą stronę teraz patrzę groźnym wzrokiem i do was mówię!). Obawiałem się nieco, że klasyczni bohaterowie przyćmią tych nowych, ale jest wręcz przeciwnie, wszystko to się ładnie ze sobą przeplata i współgra, tworząc spójną opowieść, gdzie nie ma ważniejszych i mniej ważnych postaci. Gdzie nowi bohaterowie nie są papierowymi atrapami, a postaciami z krwi i kości, o których historiach zapewne dowiemy się więcej w kolejnych epizodach.

Przyznam Wam się szczerze, że naprawdę rad jestem, że doczekaliśmy się tego filmu. Z jednej strony jest on fantastycznym hołdem dla klasyki, z drugiej zaś widać, że próbuje budować swoją historię. Oczywiście „Przebudzenie mocy” jest dopiero pierwszym filmem, więc na rezultaty przyjdzie nam jeszcze poczekać, ale myślę, że już teraz widać, że dobrze się stało, że Lucas przekazał tę markę dalej. Choć muszę powiedzieć, że fani mogą być z pewnego powodu mocno wkurzeni/zasmuceni/rozgoryczeni, ale znów muszę ugryźć się w język, żeby nie zdradzić dlaczego.

Werdykt: bardzo mocne 9/10 i rekomendacja starwarsowego geeka.


Niech moc będzie z Wami!