środa, 15 marca 2017

Kong: Wyspa Czaszki (2017)

źródło: https://i.ytimg.com/vi/h9y6oPka3us/maxresdefault.jpg (nie jest to oficjalny plakat, ale jest tak piękny, że nie mogłem sobie darować)


Znów dawno mnie tu nie było i znów posypuję głowę popiołem, niemal jak Kichijiro w "Milczeniu" ;) No ale nie mogłem sobie odmówić napisania o filmie, którego tytuł jest zarazem tytułem niniejszego wpisu.

Cieszy mnie fakt, że tym razem mogę recenzję zacząć od słów: Ale to było dobre! Bo i "Kong: Wyspa Czaszki" robi niemal wszystko perfekcyjnie i w filmie tym zakochałem się po uszy. Zacznijmy jednak od początku.

Jako dzieciak z wypiekami na twarzy pochłaniałem kolejne produkcje z Kraju Kwitnącej Wiśni, zwane Kaiju. Są to najogólniej rzecz ujmując filmy o wielkich potworach. Jak wiadomo król potworów jest tylko jeden, a imię jego Godzilla (czy też idąc za japońskim oryginałem Gojira). Tym smutniejsze były dla mnie amerykańskie próby przeniesienia tej konkretnej marki na zachodni grunt. O "Godzilli" Emmericha z 1998 roku napisano już chyba wszystko i nie chcę po raz kolejny wylewać na nią wiadra pomyj, więc chcialbym się skupić na tej z 2014 roku, która była, nieznacznie, bo nieznacznie, ale jednak lepsza. Przede wszystkim sam tytułowy bohater wyglądał tak jak wyglądać powinien, a nie jak przerośnięty gekon. Tylko tutaj zaczyna się podstawowy problem. Kiedy oglądam film o królu potworów to chcę oglądać króla potworów, a nie dylematy i dramaty ludzi. Wiedział o tym Guillermo del Toro robiąc "Pacific Rim" (kocham całym sercem!), wiedzieli też Japończycy w swoich kilkudziesięciu filmach o Godzilli. Z tym większą radością obserwuję to co zrobili twórcy nowego filmu o wielkiej małpie.

Głównym bohaterem jest tutaj bowiem właśnie sam Kong, widzimy go dużo, nie jest ukrywany w cieniu jak Godzilla, możemy nawet trochę za pomocą samej mimiki i gestykulacji dowiedzieć się na jego temat. I jasne, jeśli chodzi o aktorów to mamy tutaj naprawdę wielkie nazwiska (Hiddleston, Goodman, Jackson), ale film nie zapomina na kim tak naprawdę powinien się skupiać. A Kong jest majestatyczny i epicki jak jasna cholera!

Kolejna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę to sam klimat filmu. Przeglądając forum najpopularniejszego polskiego portalu filmowego widziałem całą masę narzekań na nielogiczności fabularne, ale kaman, oglądamy właśnie film o wielkiej małpie, która żyje na tajemniczej, nigdy nie odkrytej wyspie wraz z innymi wielkimi potworami, serio chcemy się tutaj doszukiwać logiki? Swoją drogą motyw wyspy nasuwał mi, całkiem słusznie zresztą jak sądzę, skojarzenia z kultowym "Zaginionym światem" Arthura Conana Doyle'a. Dodajmy do tego lekkie nawiązania do Conrada i otrzymujemy przewspaniały film przygodowy, z lekkim polem do refleksji.

I jasne, postaci są dość płasko zarysowane, mamy "tego odważnego", "tę wścibską", "tego nerda", "tego wariata" i tak dalej. Ale przy całej prostocie portretów psychologicznych, twórcy potrafią zbudować jakąś więź między postaciami a widzem. Nie jest to jednak przerzucanie całej uwagi na postaci ludzkie, cały czas pamiętamy, że głównym bohaterem jest tu Kong!

Po raz kolejny powracając do tytułowej bestii - jak to jest fantastycznie zrobione! Zdziwię się jeśli spece od efektów komputerowych nie zgarną w  przyszłym roku chociażby nominacji, bo to naprawdę kapitalna robota! Dodajcie do tego naprawdę rewelacyjne sceny walk między potworami, parę fantastycznych kadrów, klimat lat 70, który wręcz wylewa się z tego filmu, a dostaniecie idealny letni blockbuster, który jednakowoż zadebiutował nieco wcześniej ;)

No i scena po napisach! Nie chcę spoilerować, ale jeśli wszystko dobrze pójdzie, to szykuje się prawdziwy nerdgasm dla fanów Kaiju! Dejcie mi tego wincyj!!!

Ocena: 8/10
Naprawdę solidny film przygodowy, jakich mało się już kręci. Oddaje hołd klasyce, będąc zarazem niezwykle współczesnym pod względem wykonania, czy narracji. I nie jest to bezpośredni remake King Konga, choć niektóre motywy się powtarzają, bardziej można określić to mianem rebootu serii, co powinno zainteresować również samych miłośników filmów o wielkiej małpie, bo parę zaskoczeń się pojawia. Polecam mocno i czekam na kolejne filmy!!!

niedziela, 8 stycznia 2017

Assassin's Creed (2016)

źródło: https://i.ytimg.com/vi/7s9-p0WW2BY/maxresdefault.jpg


Chwilowo znów zamilkłem, ale żyję i mam się względnie dobrze. Jako że jednak zwrócono mi uwagę, że dawno się tutaj nic nie działo, to postanowiłem skrobnąć parę słów o kolejnym filmie, który miałem wątpliwą przyjemność obejrzeć. Okazja o tyle dobra, że rzadko jest aż taka szansa, żeby jakiś film bez pardonu zmieszać z błotem ;)

Na wstępie przyznam szczerze, że nie jestem fanem tekstu źródłowego jakim są wręcz taśmowo wypuszczane kolejne odsłony serii o odwiecznej walce dobrych Asasynów i złych Templariuszy. Coś tam pograłem, uniwersum mniej więcej znam, pomysł mi się podoba, ale na dłuższą mętę żadna z części mnie (jeszcze) nie wciągnęła. Co nie znaczy, że nie planuję dać im jeszcze szansy, choć gdyby miał mnie do tego zmotywować omawiany  filmowy koszmarek, to pewnie nie tknąłbym serii Ubi nawet kijem.

Jeśli śledzicie popkulturowe newsy z podobnym zaangażowaniem jak ja, to pewnie słyszeliście już, że krytycy w Stanach nie pozostawili na filmowym Kredzie Asasyna suchej nitki. W swojej ogromnej naiwności stwierdziłem jednak, że nie może być aż tak źle. O w jakimż byłem błędzie! Zastanawiam się od czego zacząć. Zdawać się bowiem może, że mamy do czynienia wręcz z samograjem - popularna marka, dobra obsada, spory budżet, co tu mogło się nie udać? Odpowiedź na to fundamentalne pytanie można zawrzeć w jednym słowie: WSZYSTKO.

Fabularnie seria od Ubisoftu nigdy nie prezentowała sobą jakiegoś nie wiadomo jak wysokiego poziomu, w gruncie rzeczy historia była tu głównie pretekstowa, żeby wprowadzić gracza w świat, gdzie może sobie swobodnie biegać po jakimś mieście, skakać po dachach, zabijać wyznaczone ofiary etc. Względne poczucie swobody jest zresztą do dziś znakiem rozpoznawczym tej serii, ot takie turystyczne sandboksy chciałoby się powiedzieć. Co było największym rozczarowaniem wśród graczy gdy pojawiła się pierwsza część serii? Pomijam tu kwestię powtarzalności i nudy wyzierającej z rozgrywki w każdej kolejnej godzinie, nie to bowiem mam na myśli. Największym rozczarowaniem, co pamiętam z licznych recenzji, był cały wątek dziejący się w czasach teraźniejszych, wszyscy chcieli jak najszybciej wracać do przeszłości i kosić wszystko i wszystkich badassowym Asasynem. Co więc zrobili twórcy filmu? 80% akcji dzieje się w czasach teraźniejszych! Poważnie, myślałem, że to niemożliwe by tak podstawowy aspekt skopać, ale im udało się to na piątkę z plusem! Żeby jeszcze ten wątek teraźniejszy był interesujący, ale znów - nie. Jest nudny, pełen ekspozycji i zagrany tak jakby każdy z aktorów w myślach liczył już dolary, które dostanie za występ w tej farsie. Inna kwestia, że nie bardzo jest tu co grać bo dialogi pisał chyba jakiś krewny George'a Lucasa - są fatalne!

To może chociaż wątek historyczny jest spoko? Nope,,, Tzn jasne, jest lepszy niż ten współczesny, ale jest go za mało, dostajemy jakieś randomowe postaci, o których się niemal nic nie dowiadujemy, plus wszystko pociągnięto jakimś kiepskim filtrem obrazu, tak że czułem się momentami jakbym oglądał kiepską kamerówkę a nie film w kinie (warto dodać do tego wszechobecną mgłę, jak w starych grach komputerowych, gdzie służyła do maskowania niedoróbek, tutaj chyba miała zasłaniać słabe CGI). Plus za to, że bohaterowie w scenach historycznych faktycznie cały czas mówią po hiszpańsku, jako że to Andaluzja w roku 1492. Tylko co z tego, skoro nawet jak już widzimy fajną sekwencję akcji w czasach Inkwizycji, to autorzy co chwilę wrzucają nam przebitki Fassbendera odstawiającego dokładnie tę samą akcję w Animusie? Filmie, dlaczego mi to robisz? Nie chcę wątku współczesnego, chcę czasy Hiszpańskiej Inkwizycji!

Im dłużej myślę o tym filmie tym przypominam sobie więcej rzeczy, które mnie w nim wkurzały. Najbardziej jednak w tym wszystkim boli fakt, że znów zaprzepaszczono okazję na dobrą egranizację. Który to już raz? I to mając gotowy materiał źródłowy i naprawdę dobrą obsadę! Jeśli zastanawiacie się nad seansem to nie róbcie tego. Gdyby nie fakt, że poszedłem w ramach abonamentu w wiadomym kinie, to szczerze żałowałbym pieniędzy wydanych na bilet.

Ocena: 3/10 (bo inkwizycyjna Hiszpania miała potencjał i gdyby pociągnąć ten wątek na cały film to może coś by z tego było)