niedziela, 24 maja 2015

Avengers - Age of Ultron (2015)


Dużo, oj dużo czasu zajęło mi zebranie się, żeby napisać o tym filmie. Dziś mijają 2 tygodnie od momentu kiedy go obejrzałem i przez ten czas zbierałem na spokojnie myśli, żeby w miarę możliwości przekazać Wam jak najpełniejszy obraz tego, jak odbieram drugą część Avengers. Lojalnie uprzedzam, że tekst będzie zawierał spoilery. Nie traktujcie tego jako recenzji, bardziej jako takie ogólne przemyślenia względem najmłodszego dziecka Jossa Whedona i Marvel Studios.

Zacząć trzeba od tego, że zaraz po wyjściu z kina byłem nastawiony hurraoptymistycznie. To niestety moja wada w kwestii filmów superbohaterskich, ponieważ udziela mi się zawsze atmosfera i jaram się jak norweskie kościoły w latach 90. ubiegłego wieku każdym kolejnym tworem z tego podgatunku. Kiedy jednak ochłonąłem, to niestety, podobnie jak w przypadku "The Dark Knight Rises" Nolana, zacząłem dostrzegać bzdury i nielogiczności fabuły, a także inne mankamenty.

Film zaczyna się cholernie efektownie, tego nie da się ukryć. Atak na tajną bazę Hydry w wykonaniu Avengers jest kwintesencją dobrze nakręconego superhero movie. Jest rozwałka, są one-linery i dużo efektów specjalnych, ale bez syndromu Michaela Baya. No i to w tej scenie pojawiają się po raz pierwszy  Quicksilver i Scarlett Witch w akcji. Zapowiada się bardzo dobrze. Potem następuje jedna z zabawniejszych scen, czyli impreza w Avengers Tower (obowiązkowe cameo Stana Lee i zawody w podnoszeniu Mjolnira zawsze spoko). W międzyczasie jednak pojawia się temat Ultrona, którego Tony Stark zamierza stworzyć, by chronić ziemię. Pomóc ma mu w tym kryształ z berła Lokiego, który zawiera w sobie kosmiczną inteligencję. I tu zaczyna się robić już mniej fajnie. Po pierwsze: samo wprowadzenie Ultrona jest jakieś takie mega szybkie. We wcześniejszych filmach nie ma o tym ani słowa, a tu nagle okazuje się, że Banner i Stark rozmawiali o tym wcześniej wiele razy. W ogóle to jest chyba główny problem tego filmu. Bardzo dużo rzeczy dzieje się znikąd, po prostu bo tak. W ogóle można odnieść wrażenie, że bardzo dużo scen zostało w postprodukcji wyciętych. Nie jest to co prawda tak beznadziejne jak w trzecim "Hobbicie", ale jednak pozostawia pewien niedosyt. Tutaj uwaga: jeśli nie widzieliście poprzednich filmów z MCU będziecie pogubieni jeszcze bardziej, więc ich znajomość jest raczej obowiazkowa. Ale wracając do "Age of Ultron", w końcu pojawia się tytułowy przeciwnik. Z tego co zaobserwowałem, opinie na jego temat wśród fanów są podzielone. Jedni się zachwycają, inni twierdzą, że jest beznadziejny. Ja stoję gdzieś pośrodku, acz bliżej mi do tej pierwszej grupy. Może nie jest to zachwyt, ale, biorąc pod uwagę problem Marvela z villainami w MCU, uważam, że Ultron wypada naprawdę dobrze. Co prawda uskuteczniane przez niego śmieszki heheszki nie do końca pasują mi do postaci, ale głos Jamesa Spadera robi robotę bardzo i przez to przymykam oko na te akcenty humorystyczne.

Druga rzecz, która podzieliła fanów to walka Hulka i Hulkbustera. Że niby za długa, że niepotrzebna i tym podobne stwierdzenia. Mnie natomiast się podobała. Jasne, mogła być odrobinę krótsza, jeśli pomogłoby to rozwinąć inne, pocięte wątki, ale jako całość wypada bardzo efektownie, a o to przecież chodzi w blockbusterach;)

No i jest kwestia trzecia: romans Natashy i Bruce'a Bannera. Nie, po prostu nie. Jest to kiepsko napisane i pasuje do całego filmu jak pięść do nosa. Fajnie, że rozbudowują postacie Black Widow i Hawkeye (który jak się okazuje ma... rodzinę), ale nie w ten sposób, nie tędy droga. Te obyczajowo-romansowe obrazki po prostu nie pasują do tego filmu!

Ponarzekać mógłbym jeszcze na rodzeństwo Maximoff, a konkretniej na jego męską część, czyli Pietro. Zgodnie z tym co przewidywałem marvelowski Quicksilver nie ma nawet startu do tego z "X-Men: Days of Future Past". Jest to o tyle zadziwiająco, że dostaje znacznie więcej czasu ekranowego niż jego poprzednik, a pomimo tego nie udało się go rozbudować. Odnoszę też wrażenie, że Marvel miał tego świadomość, że nie może konkurować z wersją od Foxa, więc stąd śmierć Pietro w końcówce filmu. Problem z tą śmiercią jest jednak taki, że ona NIKOGO nie obeszła. Wprowadzając jakąś postać i nie dając jej zbyt ciekawego backgroundu nie ma co liczyć na to, że uśmiercenie jej wywoła jakiekolwiek emocje wśród widzów. Z drugiej strony mamy jeszcze Scarlett Witch, która wypada duuużo lepiej od swojego brata, ale znów przeszkadza mi to, że za mało czasu poświęcono budowaniu tej postaci.

Panteon nowych bohaterów zamyka Vision i tutaj muszę przyznać, że jest jednym z najmocniejszych punktów filmu. Nie dostaje dużo czasu, podobnie jak wspomniana wcześniej dwójka, ale nawet mając tak mało tego czasu potrafi zrobić znakomite wrażenie!

Co jeszcze mi się podobało? Końcówka, która pomimo swojej absurdalności (serio, zamienienie miasta w meteoryt i uderzenie nim o Ziemię jako evil masterplan?) wypada naprawdę dobrze! Przede wszystkim fajne jest to, że Avengersi w dużej mierze skupiają się na ratowaniu cywilów, o czym nie pomyślał przykładowo snyderowski Superman napieprzając się z Generałem Zodem w "Man of Steel". Poza tym znów jest to świetnie nakręcone, bardzo efektowne i po prostu wywołujące uśmiech na twarzy.

I dochodzimy do konkluzji. Moim skromnym zdaniem "Avengers: Age of Ultron" to przyjemny, rozrywkowy film, który jednak rozczarowuje. Nie ma tego efektu "WOW", który towarzyszył pierwszej części i zarazem nie wprowadza nic ważnego do samego uniwersum. Bardziej można go odebrać jako rozbudowany trailer części trzeciej (Infinity Stones, Thanos po napisach - we get it!). Nic by się nie stało, gdyby go nie było, ale też nie jest filmem złym i skoro powstał to nie ma problemu by go obejrzeć. Byłoby tylko fajniej gdyby nie był tak bardzo pocięty. Wiem, że czytając ten tekst mogliście odnieść wrażenie, że głównie marudziłem, ale chciałem zwrócić uwagę przede wszystkim na te rzeczy, które mi nie zagrały. Z drugiej jednak strony bawiłem się na tym filmie jak prosię i pewnie obejrzę go jeszcze co najmniej raz, gdy pojawi się już na DVD. To dobre kino superbohaterskie, lecz jego problemem jest to, że Marvel ostatnimi produkcjami przyzwyczaił nas do czegoś jeszcze lepszego.

Standardowo na koniec poproszę Was o komentarze, czy to tutaj, czy też na fejsbuku. Czy zgadzacie się z moją opinią? Czy może macie zupełnie odmienne zdanie? Co Wam się podobało, a co nie podobało w filmie? Dlaczego Natasha ma romans z Bannerem? I gdzie się podział Agent Coulson? (mogli wprowadzić serialowych agentów S.H.I.E.L.D. w jakiejś małej scenie, to moje zdanie)

A na koniec taki zacny suchar:



środa, 20 maja 2015

Maggie (2015)


Schwarzenegger. Zombie. Dramat. Jeśli te trzy słowa obok siebie wywołują u Was podobne zdumienie jak u mnie, to koniecznie musicie obejrzeć „Maggie”!. Debiutujący reżyser, Henry Hobson zaryzykował bardzo mocno. Obsadzenie Arnolda w mocno kameralnym, niezależnym dramacie było bowiem czymś, na co nikt wcześniej się nie zdecydował. I wiecie co? Arnold pokazał, że naprawdę potrafi grać! Jasne, nie jest to rola oscarowa, ale były gubernator Kalifornii wypada w niej naprawdę przekonująco.

A o czym jest sam film zapytacie? Fabuła jest dość prosta. Na świecie pojawia się wirus, przemieniający ludzi w zombie. Wade Vogel (Schwarzenneger) dowiaduje się, że jego córka, tytułowa Maggie (świetna Abigail Breslin) została ugryziona i zostało jej bardzo niewiele czasu do momentu gdy się „przemieni”. I tu zaczyna się cały urok tego filmu. Nie mamy bowiem apokalipsy na skalę masową jak w „World War Z”, a mały, osobisty dramat rodziny. Wade zabiera swoją córkę do domu, choć wie, że w pewnym momencie będzie musiał oddać ją do „kwarantanny”, gdzie wysyła się wszystkich zakażonych, gdy ich stan staje się zbyt ciężki. Boi się tego momentu, bowiem bardzo kocha swoją córkę. Film bardzo mocno gra na emocjach, stawiając na bardzo powolny rytm, bez typowej we współczesnych filmach o zombie rozpierduchy. Niezwykle ciekawe jest dostrzeżenie ludzkiego aspektu osoby zakażonej. I tu dochodzimy do najbardziej interesującej części, bowiem sam film można rozpatrywać jako metaforę każdej śmiertelnej choroby. Ubrane jest to w szaty filmu o zombie, ale podstawienie tam czegokolwiek innego dałoby taki sam efekt. I przez tę uniwersalność uderza on w widza jeszcze mocniej. Naprawdę świetna robota! A przy tym wszystkim film w jakiś sposób trzyma w napięciu, pomimo tego, że akcja toczy się niezwykle powoli, wręcz sennie.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to, jak już wspomniałem, wypada bardzo dobrze. Arnold jako zmęczony, pozbawiony nadziei, ale troszczący się o swą córkę, ojciec wypada naprawdę świetnie. Bardzo odważna decyzja castingowa, ale przy tym jakże udana. Cieszy mnie to „złamanie” stałego emploi Schwarzeneggera, bo pokazuje, że jego umiejętności aktorskie pozwalają mu grać też inne role. I jasne, nie mówi zbyt wiele, ale gra bardzo dużo gestami, spojrzeniami, mimiką. Bardzo duże zaskoczenie i bardzo duży plus. Jeszcze lepiej wypada Abigail Breslin w tytułowej roli. Jej aktorstwo nie jest przeszarżowane, a jednak widzimy cierpienie jakie przechodzi jej bohaterka, również duży plus.

Wspomnieć trzeba jeszcze o świetnych zdjęciach, które w znakomity sposób budują klimat, oraz nastrojowej muzyce, która sączy się gdzieś w tle.

Nie zobaczycie w tym filmie wybuchów, pościgów, biegających zombiaków, bullet time’u czy hektolitrów krwi. Jeśli nastawiacie się na coś takiego to możecie sobie z góry odpuścić, bo będziecie rozczarowani (o czym świadczy średnia ocen na najpopularniejszym polskim portalu filmowym oscylująca w okolicach 5,7/10). Jeśli zaś chcecie zobaczyć naprawdę dobry, mocno kameralny dramat i Arnolda w całkowicie nietypowej dla niego roli to śmiało polecam wam seans „Maggie"! Rzućcie zresztą okiem na trailer:



P.S. Wiem, że od premiery nowych „Avengers” miną niedługo już dwa tygodnie, ale dalej analizuję sobie jeszcze w głowie ten film, żeby dać Wam jak najlepszy tekst na temat tej produkcji. Jak wszystko dobrze pójdzie to może pod koniec obecnego tygodnia w końcu pojawi się na stronie;) 

poniedziałek, 11 maja 2015

Smokon II - krótka relacja

Konwenty, ach konwenty! Przyznam szczerze, że moje doświadczenie z tego typu imprezami nie jest zbyt wielkie. Pierwszy mój konwent, któraś z edycji Krakonu, zakończył się powrotem do domu po pierwszym dniu, gorączką i grypą (albo anginą, już teraz nie pamiętam). Potem miałem okazję uczestniczyć w dwóch edycjach Magnificonu, ale to konwent mangowy, zatem bardzo specyficzny (acz bardzo mile przeze mnie wspominany). Całkiem niedawno w krakowskiej Artetece odbyła się czwarta edycja Krakowskiego Festiwalu Komiksu i tam również zawitałem. I spodobało mi się tak bardzo, że kiedy tylko dowiedziałem się, że w tym samym miejscu ma odbyć się druga edycja Smokonu, to wiedziałem, że muszę się tam zjawić. Tak też się stało, a czego tam doświadczyłem opiszę poniżej.
Identyfikator, który pokazuje, że Popkulturowy Serge czuwa ;)



O godzinie 11:00 umówiłem się z Chamem Kulturowym i wspólnie weszliśmy do Arteteki. Tutaj od razu duże zaskoczenie, bowiem okazało się, że pomimo tego, że to właściwie minikonwent, to organizacyjnie stało to na bardzo dobrym i profesjonalnym poziomie. Po pierwsze: każdy dostawał identyfikator, nie tylko prelegenci czy gżdacze (czyli wolontariusze pomagający w obsłudze konwentu), ale też i zwykli uczestnicy. Bardzo duży plus! Do tego poza identyfikatorem, każdy uczestnik dostawał cały zestaw „gadżetów”. Materiały promocyjne wydawnictw i książek, program a także do wyboru „Komiks Fantasy” albo CD-Action. Wybrałem to drugie, bo tytuły, które znajdowały się w tym numerze były dla mnie bardzo interesujące (Vampire The Masquerade: Bloodlines!!!).
Gadżety, które przyniosłem do domu (powtarzające się tytuły to materiał promocyjny i książka sama w sobie, o której dalej)


Okazało się, że na właściwy teren konwentu wpuszczano dopiero od godziny 11:30, więc czas oczekiwania spędziłem na geekowskich dyskusjach z Chamem Kulturowym. Gdy w końcu wybiła właściwa godzina weszliśmy na pierwsze piętro i już tutaj przywitało nas kilku cosplayerów ze świata Star Wars, bardzo miłe pierwsze wrażenie, które idealnie zgrało się z prelekcją od której postanowiliśmy zacząć nasze smokonowe doświadczenie. Jej tematem była historia Sithów. I muszę przyznać, że dowiedziałem się wielu interesujących faktów i prowadzący, czyli Alkern z Brotherhood of Sith zainteresował mnie kilkoma tytułami z EU, które będę musiał sprawdzić w niedalekiej przyszłości.

Kolejną prelekcja, w której uczestniczyłem dotyczyła szaleństwa u Wikingów, i skupiała się na postaciach berserkerów, próbując wyjaśnić psychologiczne objawy jakie towarzyszyły tym nieustraszonym wojownikom. Łukasz Malinowski, który ją prowadził, w bardzo zabawny i przystępny sposób opowiadał o tym wszystkim i widać, że zna on temat bardzo dobrze.

Potem zaś wraz z Maciejem Pitalą i Simonem Zachem wybraliśmy się w podróż przez historię studia Ghibli. Okazało się, że mam masę filmów do nadrobienia, co też wiąże się z tym, że moja lista filmów do obejrzenia niebezpiecznie się powiększa. Bardzo dobra i treściwa prelekcja!

Potem zaś nastąpiła dla mnie przerwa, gdyż stwierdziłem, że trzeba coś zjeść, jeśli człowiek chce dotrwać do końca konwentu, a, że akurat trafiłem na taki moment w programie, że mogłem sobie na to pozwolić, to pognałem spożyć posiłek do domu (szczęśliwie nie było to daleko;) ). Z Chamem Kulturowym umówiłem się na 16:30, tak żeby zdążyć na interesujący nas obu panel dyskusyjny dotyczący postapokalipsy, który rozpoczynał się o 17:00.

Wcześniej załapaliśmy się jeszcze na końcówkę dyskusji dotyczącej zbrodni w literaturze i też było to całkiem interesujące. Natomiast jeśli chodzi o postapokalipsę, to tu było już bardzo ciekawie. Wśród wypowiadających się byli między innymi Andrzej Pilipiuk i Paweł Majka i trzeba przyznać, że sporo ciekawych przemyśleń pojawiło się podczas tej dyskusji. No i dodatkowo to właśnie na panelu postapokaliptycznym wygrałem przedpremierowy egzemplarz książki „Dopóki nie zgasną gwiazdy” Piotra Patykiewicza, która zapowiada się niezwykle intrygująco.


Po tym panelu stwierdziliśmy wspólnie, że chyba czas się zbierać, bo zmęczenie dawało się we znaki i udaliśmy się do Chama Kulturowego by przegadać konwent, podyskutować o starych grach, komputerach i spożyć nieco złocistej zupy chmielowej;)


Generalnie uważam drugą edycję Smokonu za niezwykle udaną. Wypadło to świetnie od strony organizacyjnej, a ponadto sam program był niezwykle interesujący. Myślę, że z pewnością ponownie pojawię się na kolejnej edycji. Polecam z całego serca i mam nadzieję, że spotkamy się tam za rok!:) Na koniec jeszcze zdjęcia ze steampunkowego stoiska, którego sfotografowaniu nie mogłem się oprzeć:


wtorek, 5 maja 2015

Top 10 Ulubionych Kreskówek z Dzieciństwa

Witajcie! Dziś znów będzie nostalgicznie, bo jakoś tak ostatnimi czasy się czuję. Zainspirowany komentarzem na fejsbukowym fanpejdżu postanowiłem skreślić coś na kształt rankingu moich ulubionych kreskówek z czasów dziecięcych. Dorastałem bowiem w czasach kiedy dobrych kreskówek było naprawdę mnóstwo, choć oczywiście trafiały się również te słabsze. Pozwolę sobie w rankingu tym umieścić również 2 pozycje anime, bo w tamtych czasach było to przeze mnie odbierane jako zwykłe kreskówki, jeno ze specyficzną kreską;) Zaczynajmy!

10. Generał Daimos - To był absolutny hit! Relatywnie niemłode już w czasie polskiej emisji anime opowiadające o mechach. Ale jakież to były mechy, jakież to były emocje! Przymykało się oczy na schematyczność fabuły (na którą zresztą większość produkcji o mechach, puszczanych podówczas na Polonii 1, cierpiało) i patrzyło się jak Kazuya pilotuje Daimosa i spuszcza łomot innym mechom. A w tle romantyczna historia miłości głównego bohatera do niejakiej Eriki. (te dialogi: -Erika! - Kazuyaaa!) Absolutny kult!


9. Kapitan Tsubasa - Drugie anime w tym zestawieniu. To właściwie od niego zaczęło się moje zainteresowanie piłką nożną jako sportem. Chciałem bronić tak jak Wakabayashi albo Wakashimazu (czyli dwóch rywalizujących ze sobą bramkarzy, którzy co ciekawe nie byli nawet głównymi bohaterami, a jedynie postaciami pobocznymi). Zresztą wtedy też zacząłem nosić czapkę z daszkiem jak ten pierwszy. I jasne, z dzisiejszej perspektywy anime to może wydawać się zabawne. Bohaterowie przez pół odcinka biegną przez boisko, bramka wyłania się zza horyzontu a bracia Tachibana wykonują swój słynny, podwójny strzał, ale w tamtych czasach miało to swój niezaprzeczalny urok.


8. He-Man i Władcy Wszechświata - Wiem, tym punktem strzelam sobie w stopę, ale nie mogę zaprzeczyć, że jako dziecko z zapartym tchem oglądałem tę animację. Nieśmiertelna czołówka, fabularne absurdy i główny bohater jak wyjęty z okładek powermetalowych kapel w rodzaju Manowar. Ale znów, miało to jakiś swój urok i przyciągało do telewizora. Przy okazji, czy wiecie, że pierwotnie miał to być Conan, ale Hasbro, producent figurek na podstawie których powstał serial uznało uniwersum Conana za zbyt mroczne i brutalne? I tak właśnie doczekaliśmy się He-Mana


7.Conan awanturnik - A skoro o Conanie mowa to i on doczekał się swojego, bardzo dobrego zresztą,  serialu animowanego. Jak na tamte czasy miał on naprawdę mroczny klimat, słudzy Setha nie byli zbyt przyjemnymi osobnikami, a całość oglądało się naprawdę świetnie. Nie był to co prawda poziom "Conana Barbarzyńcy" z Arnoldem, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że od drugiej części był lepszy;) Serial miał tylko dwa sezony, ale pamiętam, że z zapartym tchem zasiadałem przed telewizorem i regularnie śledziłem przygody barbarzyńcy z Cymerii i wydawało się wówczas, że tych odcinków było dużo :D


6. Motomyszy z Marsa - Kompletnie absurdalny pomysł, który co dziwne sprawdził się! Nie było to nic ambitnego, ale jako rozrywkowa kreskówka robiła robotę aż miło. Do tego duża dawka naprawdę zacnej, rockowej muzyki, ciekawa trójka bohaterów (która jednak, moim zdaniem, dość mocno nawiązywała zachowaniem do pewnych żółwi) i groteskowe, przerysowane do granic postaci czarnych charakterów. Zresztą przeczytajcie sobie ten tytuł na głos. Czyż to nie brzmi epicko?


5. Hrabia Kaczula - Bo to po prostu kapitalna gra z konwencją. Nawiązania do popkultury, nawiązania do klasyki horroru, wampir wegetarianin i fakt, że była to produkcja brytyjska sprawiają, że po dziś dzień warto się z tym tytułem zapoznać! Przyznam szczerze, że aż przy pisaniu tego tekstu naszła mnie chęć na przypomnienie sobie kilku odcinków;)



4. Muzzy - Tutaj następuje pewne zaskoczenie, bo cofamy się do dzieciństwa bardzo wczesnego, ale serial ten darzę tak ogromnym sentymentem, że nie mogłem go tu nie umieścić. Muzzy to serial edukacyjny, którego celem jest nauka języka angielskiego. Głównym bohaterem był tytułowy stwór, który żywi się zegarami. Jest to produkcja bardzo absurdalna, bardzo brytyjska i zawsze wspominam ją z wielkim uśmiechem na twarzy;)


3. Spider-Man - Czasem też używa się podtytułu "The Animated Series". Mam na myśli serial z 1994 roku, który wraz z komiksami sprawił, że przechodziłem w dzieciństwie okres olbrzymiej fascynacji Człowiekiem Pająkiem. Kapitalna czołówka, niezła jak na tamte czasy kreska, spora galeria postaci i dobrze poprowadzona fabuła to powody dla których do dziś darzę tę produkcję ogromnym sentymentem. A figurka Spider-Mana po dziś dzień stoi na mojej półce z książkami i wygląda tak:



2. Wojownicze Żółwie Ninja - Czyli tytuł, którego bohaterowie zostali w zeszłym roku brutalnie zgwałceni filmem za którego produkcję odpowiadał  Michael Bay. A szkoda to wielka, bo pomimo tego, że mocno odstająca od komiksowego pierwowzoru, to animowana wersja Żółwi Ninja była po prostu świetną rozrywką, której w dzieciństwie byłem ogromnym fanem (komiksy, figurki, nawet strój na przedszkolny bal przebierańców!) Klimaty dalekiego wschodu wymieszane z popkulturą lat 90. - oto czym był ten serial. O wpadającej w ucho piosence z czołówki nawet nie wspominam, posłuchajcie zresztą sami.


1. Batman The Animated Series - I doszliśmy do miejsca pierwszego. Nie wiem czy coś trzeba dodawać, ale jeśli są wśród Was tacy, którzy nie mieli przyjemności obcować z tą produkcją to absolutnie musicie nadrobić zaległości! Kapitalny klimat, rewelacyjny voice-acting, mroczna i poważna fabuła, charakterystyczna kreska... Mógłbym tak wymieniać długo, ale i tak nie oddałbym pewnie w pełni tego jak znakomity jest ten serial. I w przeciwieństwie do pozostałych wymienionych przeze mnie produkcji nie postarzał się on ani trochę, w dalszym ciągu robiąc niesamowite wrażenie. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam!



I tym sposobem dobrnęliśmy do końca. Pominąłem wszystkie produkcje Disneya, Hanny Barbery czy Warner Bros jako zbyt oczywiste, bo któż nie oglądał Looney Tunes w dzieciństwie? A jakie są wasze ulubione kreskówki? Może macie jakieś uwagi do mojej listy? Piszcie w komentarzach!:)

niedziela, 3 maja 2015

"Rzym" sezon 1 - wrażenia

Podejrzewam, że poprzedni post mógł wydać się nieco hardkorowy jak na początek, więc teraz uderzam z nieco przystępniejszą treścią;) To co za chwilę przeczytacie to zbiór takich moich krótkich przemyśleń po obejrzeniu pierwszego sezonu serialu wspomnianego w tytule. Drugi sezon jeszcze przede mną, więc pewnie po obejrzeniu całości pojawi się kolejny wpis.

I. Strona wizualna tego serialu to bajka! Kostiumy, scenografia itd, jak na produkcję telewizyjną wyglądają fenomenalnie! Ponoć to właśnie budżet "uśmiercił" ten serial, a szkoda to wielka.

II. Fabuła. No tutaj przyznam, że nie jestem specjalistą w dziedzinie historii starożytnego Rzymu, ale z tego co poczytałem w internetach, to ponoć serial dość wierny jest faktom historycznym, aczkolwiek z oczywistych powodów uproszczono pewne motywy. Ale wierność historyczna wiernością historyczną, ważne jest bowiem to, że fabuła po prostu wciąga! To trochę taka "Gra o tron" jeno w realiach starożytnych i bez smoków;) Podstępy, intrygi, seks i przemoc.

III. Obsada. Znów strzał w dziesiątkę! Aktorzy świetnie odtwarzają swoje role i nie sposób nie zachwycić się kreacjami Jamesa Purefoya (Marek Antoniusz) czy Raya Stevensona (legionista Tytus Pullo, jak na razie chyba moja ulubiona postać). A i postać Juliusza Cezara zagrana jest wybornie. Ogólnie rzecz ujmując jest bardzo zacnie!

IV. Smutek, że serial upadł po dwóch sezonach jest wielki. Miał potencjał stać się ogromnym hitem, ale niestety koszty produkcji najwyraźniej były zbyt wysokie i HBO musiało go skasować. Do tematu dobrych skasowanych seriali pewnie jeszcze tutaj kiedyś powrócę, ale nie uprzedzajmy faktów;)

V. Czy wspominałem o świetnie zrealizowanej czołówce?

I to wszystko na chwilę obecną. Nie chcę umieszczać niepotrzebnych spoilerów, bo po cóż miałbym psuć Wam zabawę? Zachęcam do obejrzenia, bo naprawdę warto!

A czołówkę możecie zobaczyć np tutaj:
Rzym intro





Nostalgiczny powrót do czasów maszyn arcade.

Ostatnio bywam nostalgiczny, czasem aż skrajnie. Szczególnie tyczy się to tematu gier video (używam tego zwrotu by nie rozgraniczać na komputerowe, konsolowe czy automatowe). Na Steamie sprawiłem sobie ostatnio Mortal Kombat Arcade Kollection i odpalenie tego tytułu spowodowało powrót do czasów dzieciństwa.

Należę do pokolenia, które miało jeszcze okazję chodzić do tzw. salonów gier, w którym mocno zdezelowane maszyny, sprowadzane prawdopodobnie z zachodu, dawały frajdę, której wówczas ciężko było szukać na sprzętach domowych. Grafika 3D dopiero raczkowała, a konwersje z automatów nie dorównywały oryginałom. W tamtych czasach człowiek zagrywał się w takie tytuły jak Mortal Kombat 2 (umieszczony na wspominanej przeze mnie wyżej składance), Asterix od Konami czy absolutne dwa hity salonów: Final Fight i Cadillacs and Dinosaurs. W sumie, poza Mortalem, pozostałe wymienione przeze mnie tytuły należą do niemal wymarłego w swej pierwotnej formie gatunku beat'em up.

 I w związku z tym zacząłem się zastanawiać: co takiego się stało, że beat'em upy już nie powstają? Tzn może inaczej, powstawać powstają, ale zmieniły się dość mocno. Jestem staromodnym graczem i mam ogromny sentyment do tytułów 2D, więc za pierwszego winowajcę wspomnianego stanu rzeczy obwiniałbym zastępowanie sprite'ów polygonami i teksturami. Co ciekawe mało która z klasycznych dwuwymiarowych serii bezproblemowo przeszła w 3D, w przypadku niektórych tytułów zajmowało to dłuuugie lata i dopiero po paru podejściach udawało się znaleźć ten "złoty środek" pomiędzy ładną trójwymiarową grafiką i miodnym gameplayem. I jasne, że te oryginalne arcade'owe tytuły nie grzeszyły skomplikowaniem, ale czyż nie w prostocie siła. Easy to learn, hard to master - to była dewiza chyba wszystkich największych automatowych hiciorów. Biorąc pod uwagę, że za każdą kolejną rozgrywkę płaciło się prawdziwymi pieniędzmi, trzeba było jak najwięcej przejść bez straty życia. To się nazywa hardcore gaming!

Ale beat'em upy nie umarły! Ewoluowały dość mocno i wydaje mi się, że wszystkie slashery w stylu Devil May Cry, God of War, czy relatywnie niedawnego Metal Gear Rising: Revengeance są duchowymi spadkobiercami klasycznych arcade'owych chodzonych mordobić, jak zwykło się to określać. I przyznać trzeba, że dają frajdę tak samo wielką jak wspominane przeze mnie wcześniej tytuły sprzed jakichś 20 lat. Co nie zmienia faktu, że jakaś tęsknota za tymi dwuwymiarowymi beat'em upami ciągle gdzieś tam w środku jest. Dowodem na tę nostalgię może być zresztą wydane jakiś czas temu na Steamie Chronicles of Mystara, czyli zremasterowane dwie części arcade'owej napierdalanki w świecie Dungeons and Dragons, którą Capcom, czyli największy mistrz gatunku, wypuścił wiele lat temu.

Udało mi się w czeluściach jutuba znaleźć bardzo fajne zestawienie 10 najlepszych tytułów z tegoż gatunku, więc celem uzupełnienia posta o wartości wizualne wrzucam pod spodem filmik;)