Schwarzenegger. Zombie. Dramat. Jeśli te trzy słowa obok
siebie wywołują u Was podobne zdumienie jak u mnie, to koniecznie musicie
obejrzeć „Maggie”!. Debiutujący reżyser, Henry Hobson zaryzykował bardzo mocno.
Obsadzenie Arnolda w mocno kameralnym, niezależnym dramacie było bowiem czymś,
na co nikt wcześniej się nie zdecydował. I wiecie co? Arnold pokazał, że
naprawdę potrafi grać! Jasne, nie jest to rola oscarowa, ale były gubernator Kalifornii
wypada w niej naprawdę przekonująco.
A o czym jest sam film zapytacie? Fabuła jest dość prosta. Na
świecie pojawia się wirus, przemieniający ludzi w zombie. Wade Vogel
(Schwarzenneger) dowiaduje się, że jego córka, tytułowa Maggie (świetna Abigail
Breslin) została ugryziona i zostało jej bardzo niewiele czasu do momentu gdy
się „przemieni”. I tu zaczyna się cały urok tego filmu. Nie mamy bowiem
apokalipsy na skalę masową jak w „World War Z”, a mały, osobisty dramat
rodziny. Wade zabiera swoją córkę do domu, choć wie, że w pewnym momencie
będzie musiał oddać ją do „kwarantanny”, gdzie wysyła się wszystkich
zakażonych, gdy ich stan staje się zbyt ciężki. Boi się tego momentu, bowiem
bardzo kocha swoją córkę. Film bardzo mocno gra na emocjach, stawiając na
bardzo powolny rytm, bez typowej we współczesnych filmach o zombie
rozpierduchy. Niezwykle ciekawe jest dostrzeżenie ludzkiego aspektu osoby
zakażonej. I tu dochodzimy do najbardziej interesującej części, bowiem sam film
można rozpatrywać jako metaforę każdej śmiertelnej choroby. Ubrane jest to w
szaty filmu o zombie, ale podstawienie tam czegokolwiek innego dałoby taki sam
efekt. I przez tę uniwersalność uderza on w widza jeszcze mocniej. Naprawdę
świetna robota! A przy tym wszystkim film w jakiś sposób trzyma w napięciu, pomimo tego, że akcja toczy się niezwykle powoli, wręcz sennie.
Jeśli chodzi o aktorstwo, to, jak już wspomniałem, wypada
bardzo dobrze. Arnold jako zmęczony, pozbawiony nadziei, ale troszczący się o
swą córkę, ojciec wypada naprawdę świetnie. Bardzo odważna decyzja castingowa,
ale przy tym jakże udana. Cieszy mnie to „złamanie” stałego emploi Schwarzeneggera,
bo pokazuje, że jego umiejętności aktorskie pozwalają mu grać też inne role. I
jasne, nie mówi zbyt wiele, ale gra bardzo dużo gestami, spojrzeniami, mimiką.
Bardzo duże zaskoczenie i bardzo duży plus. Jeszcze lepiej wypada Abigail
Breslin w tytułowej roli. Jej aktorstwo nie jest przeszarżowane, a jednak
widzimy cierpienie jakie przechodzi jej bohaterka, również duży plus.
Wspomnieć trzeba jeszcze o świetnych zdjęciach, które w znakomity sposób budują klimat, oraz nastrojowej muzyce, która sączy się gdzieś w
tle.
Nie zobaczycie w tym filmie wybuchów, pościgów, biegających
zombiaków, bullet time’u czy hektolitrów krwi. Jeśli nastawiacie się na coś
takiego to możecie sobie z góry odpuścić, bo będziecie rozczarowani (o czym
świadczy średnia ocen na najpopularniejszym polskim portalu filmowym oscylująca
w okolicach 5,7/10). Jeśli zaś chcecie zobaczyć naprawdę dobry, mocno kameralny
dramat i Arnolda w całkowicie nietypowej dla niego roli to śmiało polecam wam
seans „Maggie"! Rzućcie zresztą okiem na trailer:
P.S. Wiem, że od premiery nowych „Avengers” miną niedługo
już dwa tygodnie, ale dalej analizuję sobie jeszcze w głowie ten film, żeby dać
Wam jak najlepszy tekst na temat tej produkcji. Jak wszystko dobrze pójdzie to
może pod koniec obecnego tygodnia w końcu pojawi się na stronie;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz