10. Generał Daimos - To był absolutny hit! Relatywnie niemłode już w czasie polskiej emisji anime opowiadające o mechach. Ale jakież to były mechy, jakież to były emocje! Przymykało się oczy na schematyczność fabuły (na którą zresztą większość produkcji o mechach, puszczanych podówczas na Polonii 1, cierpiało) i patrzyło się jak Kazuya pilotuje Daimosa i spuszcza łomot innym mechom. A w tle romantyczna historia miłości głównego bohatera do niejakiej Eriki. (te dialogi: -Erika! - Kazuyaaa!) Absolutny kult!
9. Kapitan Tsubasa - Drugie anime w tym zestawieniu. To właściwie od niego zaczęło się moje zainteresowanie piłką nożną jako sportem. Chciałem bronić tak jak Wakabayashi albo Wakashimazu (czyli dwóch rywalizujących ze sobą bramkarzy, którzy co ciekawe nie byli nawet głównymi bohaterami, a jedynie postaciami pobocznymi). Zresztą wtedy też zacząłem nosić czapkę z daszkiem jak ten pierwszy. I jasne, z dzisiejszej perspektywy anime to może wydawać się zabawne. Bohaterowie przez pół odcinka biegną przez boisko, bramka wyłania się zza horyzontu a bracia Tachibana wykonują swój słynny, podwójny strzał, ale w tamtych czasach miało to swój niezaprzeczalny urok.
8. He-Man i Władcy Wszechświata - Wiem, tym punktem strzelam sobie w stopę, ale nie mogę zaprzeczyć, że jako dziecko z zapartym tchem oglądałem tę animację. Nieśmiertelna czołówka, fabularne absurdy i główny bohater jak wyjęty z okładek powermetalowych kapel w rodzaju Manowar. Ale znów, miało to jakiś swój urok i przyciągało do telewizora. Przy okazji, czy wiecie, że pierwotnie miał to być Conan, ale Hasbro, producent figurek na podstawie których powstał serial uznało uniwersum Conana za zbyt mroczne i brutalne? I tak właśnie doczekaliśmy się He-Mana
7.Conan awanturnik - A skoro o Conanie mowa to i on doczekał się swojego, bardzo dobrego zresztą, serialu animowanego. Jak na tamte czasy miał on naprawdę mroczny klimat, słudzy Setha nie byli zbyt przyjemnymi osobnikami, a całość oglądało się naprawdę świetnie. Nie był to co prawda poziom "Conana Barbarzyńcy" z Arnoldem, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że od drugiej części był lepszy;) Serial miał tylko dwa sezony, ale pamiętam, że z zapartym tchem zasiadałem przed telewizorem i regularnie śledziłem przygody barbarzyńcy z Cymerii i wydawało się wówczas, że tych odcinków było dużo :D
6. Motomyszy z Marsa - Kompletnie absurdalny pomysł, który co dziwne sprawdził się! Nie było to nic ambitnego, ale jako rozrywkowa kreskówka robiła robotę aż miło. Do tego duża dawka naprawdę zacnej, rockowej muzyki, ciekawa trójka bohaterów (która jednak, moim zdaniem, dość mocno nawiązywała zachowaniem do pewnych żółwi) i groteskowe, przerysowane do granic postaci czarnych charakterów. Zresztą przeczytajcie sobie ten tytuł na głos. Czyż to nie brzmi epicko?
5. Hrabia Kaczula - Bo to po prostu kapitalna gra z konwencją. Nawiązania do popkultury, nawiązania do klasyki horroru, wampir wegetarianin i fakt, że była to produkcja brytyjska sprawiają, że po dziś dzień warto się z tym tytułem zapoznać! Przyznam szczerze, że aż przy pisaniu tego tekstu naszła mnie chęć na przypomnienie sobie kilku odcinków;)
4. Muzzy - Tutaj następuje pewne zaskoczenie, bo cofamy się do dzieciństwa bardzo wczesnego, ale serial ten darzę tak ogromnym sentymentem, że nie mogłem go tu nie umieścić. Muzzy to serial edukacyjny, którego celem jest nauka języka angielskiego. Głównym bohaterem był tytułowy stwór, który żywi się zegarami. Jest to produkcja bardzo absurdalna, bardzo brytyjska i zawsze wspominam ją z wielkim uśmiechem na twarzy;)
3. Spider-Man - Czasem też używa się podtytułu "The Animated Series". Mam na myśli serial z 1994 roku, który wraz z komiksami sprawił, że przechodziłem w dzieciństwie okres olbrzymiej fascynacji Człowiekiem Pająkiem. Kapitalna czołówka, niezła jak na tamte czasy kreska, spora galeria postaci i dobrze poprowadzona fabuła to powody dla których do dziś darzę tę produkcję ogromnym sentymentem. A figurka Spider-Mana po dziś dzień stoi na mojej półce z książkami i wygląda tak:
2. Wojownicze Żółwie Ninja - Czyli tytuł, którego bohaterowie zostali w zeszłym roku brutalnie zgwałceni filmem za którego produkcję odpowiadał Michael Bay. A szkoda to wielka, bo pomimo tego, że mocno odstająca od komiksowego pierwowzoru, to animowana wersja Żółwi Ninja była po prostu świetną rozrywką, której w dzieciństwie byłem ogromnym fanem (komiksy, figurki, nawet strój na przedszkolny bal przebierańców!) Klimaty dalekiego wschodu wymieszane z popkulturą lat 90. - oto czym był ten serial. O wpadającej w ucho piosence z czołówki nawet nie wspominam, posłuchajcie zresztą sami.
1. Batman The Animated Series - I doszliśmy do miejsca pierwszego. Nie wiem czy coś trzeba dodawać, ale jeśli są wśród Was tacy, którzy nie mieli przyjemności obcować z tą produkcją to absolutnie musicie nadrobić zaległości! Kapitalny klimat, rewelacyjny voice-acting, mroczna i poważna fabuła, charakterystyczna kreska... Mógłbym tak wymieniać długo, ale i tak nie oddałbym pewnie w pełni tego jak znakomity jest ten serial. I w przeciwieństwie do pozostałych wymienionych przeze mnie produkcji nie postarzał się on ani trochę, w dalszym ciągu robiąc niesamowite wrażenie. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam!
I tym sposobem dobrnęliśmy do końca. Pominąłem wszystkie produkcje Disneya, Hanny Barbery czy Warner Bros jako zbyt oczywiste, bo któż nie oglądał Looney Tunes w dzieciństwie? A jakie są wasze ulubione kreskówki? Może macie jakieś uwagi do mojej listy? Piszcie w komentarzach!:)

Nie będę pisał "ale jaki cudem brakło tu..." tylko zauważę, jak bardzo to, co oglądaliśmy w dzieciństwie ukształtowało nas dziś. Niby truizm, ale nie byłoby u nas tego całego zainteresowania popkulturą gdyby nie tamte, magiczne, kolorowe światy. Chamstwo kulturowe (lubię tak nazywać fenomen odwrócenia się od niesłusznie tak nazywanej WYSOKIEJ KULTURY na rzecz POPKULTUROWEGO BLICHTRU) wynika nie z tego, żeśmy się postmodernistycznych Tarantinów i Rodrigezów naoglądali, tylko z faktu, że jedyny magiczny, kolorowy, ciekawy i kozacki świat wiązał za dzieciaka wiązał się z komiksem, szajsową animacją, sztukami walki i wszystkim tym, co często mądre głowy na uniwersytetach wrzucają do worka z napisem "śmieć".
OdpowiedzUsuńJedynym kolorowym światem był świat karate, ninja, mechów i heroic fantasy. Jak szukam kolejnego dziadowskiego filmu SF w sieci, to szukam tak naprawdę tego dziecięcego zachwytu w sobie. Dlatego wolę Gwiezdne Wojny od Prousta.
Dzięki Serge za przypomnienie mi kilku fajnych openingów. Ucieszyłeś starcze serce. Właśnie jakiśniewinny kotek na planecie zmartwychwstał :*