niedziela, 24 maja 2015
Avengers - Age of Ultron (2015)
Dużo, oj dużo czasu zajęło mi zebranie się, żeby napisać o tym filmie. Dziś mijają 2 tygodnie od momentu kiedy go obejrzałem i przez ten czas zbierałem na spokojnie myśli, żeby w miarę możliwości przekazać Wam jak najpełniejszy obraz tego, jak odbieram drugą część Avengers. Lojalnie uprzedzam, że tekst będzie zawierał spoilery. Nie traktujcie tego jako recenzji, bardziej jako takie ogólne przemyślenia względem najmłodszego dziecka Jossa Whedona i Marvel Studios.
Zacząć trzeba od tego, że zaraz po wyjściu z kina byłem nastawiony hurraoptymistycznie. To niestety moja wada w kwestii filmów superbohaterskich, ponieważ udziela mi się zawsze atmosfera i jaram się jak norweskie kościoły w latach 90. ubiegłego wieku każdym kolejnym tworem z tego podgatunku. Kiedy jednak ochłonąłem, to niestety, podobnie jak w przypadku "The Dark Knight Rises" Nolana, zacząłem dostrzegać bzdury i nielogiczności fabuły, a także inne mankamenty.
Film zaczyna się cholernie efektownie, tego nie da się ukryć. Atak na tajną bazę Hydry w wykonaniu Avengers jest kwintesencją dobrze nakręconego superhero movie. Jest rozwałka, są one-linery i dużo efektów specjalnych, ale bez syndromu Michaela Baya. No i to w tej scenie pojawiają się po raz pierwszy Quicksilver i Scarlett Witch w akcji. Zapowiada się bardzo dobrze. Potem następuje jedna z zabawniejszych scen, czyli impreza w Avengers Tower (obowiązkowe cameo Stana Lee i zawody w podnoszeniu Mjolnira zawsze spoko). W międzyczasie jednak pojawia się temat Ultrona, którego Tony Stark zamierza stworzyć, by chronić ziemię. Pomóc ma mu w tym kryształ z berła Lokiego, który zawiera w sobie kosmiczną inteligencję. I tu zaczyna się robić już mniej fajnie. Po pierwsze: samo wprowadzenie Ultrona jest jakieś takie mega szybkie. We wcześniejszych filmach nie ma o tym ani słowa, a tu nagle okazuje się, że Banner i Stark rozmawiali o tym wcześniej wiele razy. W ogóle to jest chyba główny problem tego filmu. Bardzo dużo rzeczy dzieje się znikąd, po prostu bo tak. W ogóle można odnieść wrażenie, że bardzo dużo scen zostało w postprodukcji wyciętych. Nie jest to co prawda tak beznadziejne jak w trzecim "Hobbicie", ale jednak pozostawia pewien niedosyt. Tutaj uwaga: jeśli nie widzieliście poprzednich filmów z MCU będziecie pogubieni jeszcze bardziej, więc ich znajomość jest raczej obowiazkowa. Ale wracając do "Age of Ultron", w końcu pojawia się tytułowy przeciwnik. Z tego co zaobserwowałem, opinie na jego temat wśród fanów są podzielone. Jedni się zachwycają, inni twierdzą, że jest beznadziejny. Ja stoję gdzieś pośrodku, acz bliżej mi do tej pierwszej grupy. Może nie jest to zachwyt, ale, biorąc pod uwagę problem Marvela z villainami w MCU, uważam, że Ultron wypada naprawdę dobrze. Co prawda uskuteczniane przez niego śmieszki heheszki nie do końca pasują mi do postaci, ale głos Jamesa Spadera robi robotę bardzo i przez to przymykam oko na te akcenty humorystyczne.
Druga rzecz, która podzieliła fanów to walka Hulka i Hulkbustera. Że niby za długa, że niepotrzebna i tym podobne stwierdzenia. Mnie natomiast się podobała. Jasne, mogła być odrobinę krótsza, jeśli pomogłoby to rozwinąć inne, pocięte wątki, ale jako całość wypada bardzo efektownie, a o to przecież chodzi w blockbusterach;)
No i jest kwestia trzecia: romans Natashy i Bruce'a Bannera. Nie, po prostu nie. Jest to kiepsko napisane i pasuje do całego filmu jak pięść do nosa. Fajnie, że rozbudowują postacie Black Widow i Hawkeye (który jak się okazuje ma... rodzinę), ale nie w ten sposób, nie tędy droga. Te obyczajowo-romansowe obrazki po prostu nie pasują do tego filmu!
Ponarzekać mógłbym jeszcze na rodzeństwo Maximoff, a konkretniej na jego męską część, czyli Pietro. Zgodnie z tym co przewidywałem marvelowski Quicksilver nie ma nawet startu do tego z "X-Men: Days of Future Past". Jest to o tyle zadziwiająco, że dostaje znacznie więcej czasu ekranowego niż jego poprzednik, a pomimo tego nie udało się go rozbudować. Odnoszę też wrażenie, że Marvel miał tego świadomość, że nie może konkurować z wersją od Foxa, więc stąd śmierć Pietro w końcówce filmu. Problem z tą śmiercią jest jednak taki, że ona NIKOGO nie obeszła. Wprowadzając jakąś postać i nie dając jej zbyt ciekawego backgroundu nie ma co liczyć na to, że uśmiercenie jej wywoła jakiekolwiek emocje wśród widzów. Z drugiej strony mamy jeszcze Scarlett Witch, która wypada duuużo lepiej od swojego brata, ale znów przeszkadza mi to, że za mało czasu poświęcono budowaniu tej postaci.
Panteon nowych bohaterów zamyka Vision i tutaj muszę przyznać, że jest jednym z najmocniejszych punktów filmu. Nie dostaje dużo czasu, podobnie jak wspomniana wcześniej dwójka, ale nawet mając tak mało tego czasu potrafi zrobić znakomite wrażenie!
Co jeszcze mi się podobało? Końcówka, która pomimo swojej absurdalności (serio, zamienienie miasta w meteoryt i uderzenie nim o Ziemię jako evil masterplan?) wypada naprawdę dobrze! Przede wszystkim fajne jest to, że Avengersi w dużej mierze skupiają się na ratowaniu cywilów, o czym nie pomyślał przykładowo snyderowski Superman napieprzając się z Generałem Zodem w "Man of Steel". Poza tym znów jest to świetnie nakręcone, bardzo efektowne i po prostu wywołujące uśmiech na twarzy.
I dochodzimy do konkluzji. Moim skromnym zdaniem "Avengers: Age of Ultron" to przyjemny, rozrywkowy film, który jednak rozczarowuje. Nie ma tego efektu "WOW", który towarzyszył pierwszej części i zarazem nie wprowadza nic ważnego do samego uniwersum. Bardziej można go odebrać jako rozbudowany trailer części trzeciej (Infinity Stones, Thanos po napisach - we get it!). Nic by się nie stało, gdyby go nie było, ale też nie jest filmem złym i skoro powstał to nie ma problemu by go obejrzeć. Byłoby tylko fajniej gdyby nie był tak bardzo pocięty. Wiem, że czytając ten tekst mogliście odnieść wrażenie, że głównie marudziłem, ale chciałem zwrócić uwagę przede wszystkim na te rzeczy, które mi nie zagrały. Z drugiej jednak strony bawiłem się na tym filmie jak prosię i pewnie obejrzę go jeszcze co najmniej raz, gdy pojawi się już na DVD. To dobre kino superbohaterskie, lecz jego problemem jest to, że Marvel ostatnimi produkcjami przyzwyczaił nas do czegoś jeszcze lepszego.
Standardowo na koniec poproszę Was o komentarze, czy to tutaj, czy też na fejsbuku. Czy zgadzacie się z moją opinią? Czy może macie zupełnie odmienne zdanie? Co Wam się podobało, a co nie podobało w filmie? Dlaczego Natasha ma romans z Bannerem? I gdzie się podział Agent Coulson? (mogli wprowadzić serialowych agentów S.H.I.E.L.D. w jakiejś małej scenie, to moje zdanie)
A na koniec taki zacny suchar:
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Byliśmy na tym z chamemkulturowym.Chamowi Pietro się podobał, chociaż faktycznie jako postać wygląda na niedokończoną, a szkoda bo miała potencjał. Zgadzam się, że wątek romansowy Natashy i Bruce'a słaby (a jako kobieta wątki romansowe w filmach lubię, ale temu też zabrakło sensu). Sceny walki bardzo mi się podobały.Warto go obejrzeć.
OdpowiedzUsuńPS dzisiaj idziemy z chamem na Mad Maxa:):):) pewnie zdamy relację.
Na Mad Maxa też muszę się wybrać jakoś, bo wszędzie wokół słyszę zachwyty na temat tego filmu;) Na relację czekam ;)
OdpowiedzUsuńCham był na awendżersach. Cham pokochał awendżersy, póki nie zobaczył Mad Maxa.
OdpowiedzUsuńSerge - musisz to zobaczyć w kinie. Piękna wysooktanowa choreagrafia śmierci!